wtorek, 5 września 2017

Naciągaczki

 
 
  Mojżesz Margolis, właściciel sklepu z manufakturą przy ul. Sienkiewicza 15 znał się na ludziach. Klienta, który przekraczał próg jego interesu, oceniał natychmiast, po co wstąpił. Aż do czasu, gdy okradła go pewna dama.
  Gdy pewnego październikowego ranka 1926 r. do sklepu weszła młoda, ładna kobieta w szykownym pluszowym palcie, pan Mojżesz pomyślał, że może sprzeda coś z droższych towarów. Rzeczywiście, elegancka dama chciała obejrzeć najlepsze gatunki jedwabiu. Właściciel szybko zasłał ladę kuponami materiałów.
 Takiego towaru nie znajdzie pani u Gronostajskiego na Żydowskiej, ani u Gurwicza na Kupieckiej, ani nawet w magazynie Rubinsztejna i Spółki na Giełdowej - przekonywał. Zaczęło się oglądanie i wybieranie. Tymczasem w sklepie pojawiła się nowa klientka - panienka o wyglądzie służącej.

  Rozejrzała się po półkach i poprosiła o pokazanie grubego granatowego sukna. Pan Mojżesz niechętnie opuścił atrakcyjną kupującą, wdrapał się na najwyższą półkę i ściągnął stamtąd odpowiedni materiał. Służąca powybrzydzała tylko i wyszła. Kupiec wrócił czym prędzej do lady i dalej zachwalał jedwabne tkaniny. Robił co mógł, ale i ta klientka nic nie kupiła. Zawiedziony pan Margolis zaczął na powrót wpychać materiały na swoje miejsce. Tu spotkała go bardzo przykra niespodzianka. Z lady zniknęły dwa drogie kupony aksamitu. Sprawczynią kradzieży mogła być tylko ta solidnie wyglądająca damulka. Kupiec, któremu tak pechowo zaczął się dzień, zamknął swój interes i poszedł na ul. Warszawską pod nr 6 do Ekspozytury Urzędu Śledczego.

  To był zwyczajny szopenfeld - tymi słowami policjant dyżurny podsumował opowieść Mojżesza Margolisa. Następnie wydobył z szafy album ze zdjęciami złodziei białostockich i dał do przejrzenia handlarzowi, może kogoś rozpozna. Ponieważ pan Mojżesz wciąż nie mógł uwierzyć w swoją nietrafną ocenę klientki, policjant, który nie miał akurat pilnej roboty, zaczął wyjaśniać mu, na czym polega działanie szopenfeldziarzy.
  Szopenfeldem w manufakturach zajmują się przeważnie kobiety. Pracują zazwyczaj w grupkach, po dwie, trzy, a nawet więcej. Czasami biorą do pomocy niepozornego mężczyznę albo sprytne dziecko. Do sklepu wchodzą pojedynczo, zwykle po otwarciu, kiedy personel nie jest jeszcze kompletny albo przed samym zamknięciem, gdy za ladą tkwi subiekt zmęczony całodzienną pracą.
  Jedna z nich to "robotnica", druga to "bajerantka". W roli pierwszej występuje zazwyczaj dobrze ubrana, elegancka paniusia, o której nikt by nawet nie pomyślał: złodziejka. "Bajerantka" z kolei już samym wyglądem budzi mało solidne wrażenie. O to jednak chodzi. Każdy sprzedawca, bez podejrzeń odejdzie na chwilę od bogatej klientki, żeby jak najszybciej pozbyć się biednej. Ta natomiast tak długo zawraca mu głowę różnymi błahostkami, aż jej koleżanka po fachu, spośród licznych towarów, ukradnie najbardziej wartościowy. Potem następuje umiejętny odwrót. Najpierw wychodzi "robotnica", po niej pogrymasiwszy jeszcze trochę znika "bajerantka".
  Po wysłuchaniu policjanta, Mojżesza Margolisa ciekawiła już tylko jedna sprawa. W jaki sposób szopenfeldziarka, która odwiedziła jego sklep, wyniosła ukradzione materiały. Nie miała przecież przy sobie torby. Ale okazało się, że główną pomocą przy uprawianiu szopenfeldu jest po prostu ubranie złodzieja. Obszerny płaszcz czy palto to zbiór schowków, specjalnie wszytych wewnątrz kieszeni, doczepionych worków. Odtąd Mojżesz Margolis bardzo podejrzliwie przyglądał się swoim klientkom, zwłaszcza tym dostatnio ubranym.

Włodzimierz Jarmolik

poniedziałek, 4 września 2017

Służącą pilnie zatrudnię

 
Przed wojną służące cieszyły się złą sławą, często okradały swoich pracodawców. Niektóre z nich były wyjątkowo zuchwałe w swoich zbójeckich praktykach. W statystykach policyjnych lat 20. i 30. ub. wieku obejmujących różne kategorie sprawców kradzieży, pomoc domowa figurowała wysoko. Służące potrafiły ukraść swoim pracodawcom niemal wszystko. Jedne czyniły to w sposób prosty, wręcz ordynarny, inne starały się o dyskrecję i umiar. Większość panienek od sprzątania i bawienia dzieci natychmiast po dokonaniu kradzieży wypowiadała pracę swoim gospodarzom. Zdarzały się jednak i takie, które pozostawały na miejscu przestępstwa, próbując oddalić od siebie ewentualne podejrzenia.

  Historia, która wydarzyła się w 1923 roku jest przykładem tego drugiego postępowania. Sara Goldberg, mieszkająca wraz z dwójką dzieci przy ul. Kupieckiej, przyjęła młodą służącą Rozalię Żandarmczuk. Okazała się ona pracowitą i posłuszną. Gospodyni zaczęła nawet myśleć o podwyższeniu jej pensji. I być może doszłoby do tego, gdyby nie pewne zdarzenie.
  7 marca o godz. 6 rano do drzwi mieszkania Goldbergowej ktoś zapukał. Właścicielki nie było w domu. Poprzedniego dnia wyjechała w odwiedziny do siostry, aż pod Wołkowysk. Zaspana służąca zapytała: Kto tam? Słysząc groźne: Policja! Otwierać! natychmiast przekręciła klucz. Przerażenie jej nie miało granic (tak później zeznawała, gdy zamiast mundurów zobaczyła ludzi w czarnych maskach na twarzy.
  Bandyci natychmiast związali pannę Żandarmczuk i zakneblowali. To samo zrobili z rozbudzonymi dziećmi. Potem cała trójka została zapakowana do szafy. Po pozbyciu się świadków złodzieje przystąpili do przetrząsania zakamarków w poszukiwaniu złota, biżuterii i dolarów. Splądrowawszy dokładnie mieszkanie unieśli ze sobą łup wartości wielu milionów marek.
  Dopiero w godzinę później sąsiad pani Goldbergowej zwrócił uwagę na niedomknięte drzwi i leżącą na progu czapkę. Zajrzał ostrożnie do środka. Usłyszał głuche stukanie. Wszedł dalej. Po chwili uwolnił na wpół żywe dzieci i służącą. Niebawem w domu przy ul. Kupieckiej pojawiła się ekipa śledczych.
  Wywiadowcy rozpoczęli dochodzenie od przesłuchania służącej. Opowieść panny Żandarmczuk o zamaskowanych bandytach nie bardzo im się podobała, więc zaczęli zadawać podchwytliwe pytania. I nagle po jednym z nich służąca się rozpłakała. Okazało się, że to sama Rozalia Żandarmczuk była główną organizatorką napadu. Z zamiarem takim nosiła się niemal od początku służby. Namówiła do tego swojego narzeczonego, Adolfa Wróblewskiego i dwie koleżanki służące - Mariannę i Anastazję. Czekano tylko na odpowiednią okazję.
  Miesiąc później cała czwórka stanęła przed sądem doraźnym pod zarzutem napadu bandyckiego. Przyznali się oni do winy. Adwokaci broniący pomysłowa Rozalię i jej wspólników postarali się o przeniesienie sprawy do sądu zwyczajnego. Szło o to, że sąd doraźny ferował bardzo wysokie wyroki za napad, z karą śmierci włącznie.
  Na sali sądowej, w której zebrało się wiele służących z całego miasta, żeby popatrzeć na swoje "sławne" koleżanki po fachu, było gwarno. Sędzia, co chwila musiał prosić o spokój.
  Jedna ze służących rzekła do drugiej: Nie rozumiem o co ten szum, przecież to był tylko zwykły żart. Ta odparła:- A jednak szkoda przestraszonych dzieci.

Włodzimierz Jarmolik

niedziela, 3 września 2017

Zemsta kelnera

 

  W latach 30. ubiegłego wieku popularną restauracją białostocką był Savoy przy Kilińskiego 6. Blisko hotelu Ritz, chętnie uczęszczany przez miejscowych i przyjezdnych gości.
Tam też pewnego razu polała się krew. Interes przy Kilińskiego należał do małżeństwa Mieczysława i Karoliny Wićków. Szedł całkiem dobrze. Goście mieli do dyspozycji na parterze przestronną salę restauracyjną, urozmaicone menu, no i oczywiście obowiązkowy dancing. Na pięterku zaś królował rozległy bufet z rozmaitą wódecznością i kolorowymi drinkami.
  Gdzieś na początku 1937 r. Wićko zatrudnił nowego kelnera. Był to Józef Filipowicz, młody bezrobotny, pracujący do tej pory jako kierowca w wojewódzkim sekretariacie Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Przyjął się całkiem dobrze - był uprzejmy i szybki w obsłudze, polubili go koledzy, spodobał się klientom. Może tylko się nadto denerwował.
  Filipowicz jednak nie przepracował nawet roku, gdy jego stosunki z szefem wyraźnie uległy ochłodzeniu. Właściciel zarzucał mu zbyt wielką pewność siebie, skłonności do kieliszka, a nawet posądził go o kradzież dwóch butelek gatunkowej wódki. Atmosfera wśród personelu Savoyu stawała się coraz bardzie napięta. Kelner Józio, przystojny młodzian miał po swojej stronie zauroczone nim barmanki i fordansjerki. Krążyła też uporczywa plotka, że żona właściciela darzy go wyraźną sympatią. Słysząc szepty o romansie z szefową Filipowicz denerwował się jeszcze bardziej i częściej sięgał po butelkę. W połowie lutego 1938 r. Wićko zawiadomił Filipowicza, że zwalnia go z posady. Ale nie wyrzuca na bruk, bo załatwił mu pracę w restauracji na kresach. Jednak Filipowcz nie chciał przeprowadzać się z rodziną aż do Łucka na Wołyniu.
  Po upływie wypowiedzenia, 27 lutego Filipowicz postanowił jeszcze raz porozmawiać z szefem. Bez rezultatu. Wrócił do domu, wypił z bratem pół litra i przed północą zjawił się w firmie. Przy bufecie wychylił jeszcze kilka kolejek i wzmocniony alkoholem ponownie zaczął nagabywać Wićkę o zmianę decyzji. Ten był nieustępliwy.
  W pewnej chwili w ręku Filipowicza pojawił się nożyk do krojenia owoców. Pijany kelner pchnął swego pracodawcę w brzuch, ten próbował się bronić taboretem przed dalszymi ciosami. Personel i klienci przy barze obezwładnili napastnika. Zrazu napadnięty nie zdawał sobie sprawy z odniesionych ran. Dopiero po kilkunastu minutach poczuł pod palcami krew, która kapała coraz bardziej na podłogę. Zemdlał. Wezwane pogotowie odwiozło go do szpitala św. Rocha.
  5 sierpnia 1938 r. doszło do rozprawy w sądzie okręgowym. Proces podzielił opinię publiczną na dwa obozy. Brały w tym udział także miejscowe gazety. "Dziennik Białostocki" uważał Filipowicza za pijanego awanturnika, który targnął się na życie swego chlebodawcy. Z kolei czytelnicy konkurencyjnego "Echa Białostockiego" skłonni byli wierzyć, że kelner został zwolniony złośliwie przez zazdrosnego męża. I to sprowokowało go do tak spontanicznej reakcji. Filipowicz próbował się oczywiście bronić. Twierdził, że pogodził się już ze zwolnieniem. Pragnął tylko odejść bez podejrzeń o związek z panią Karoliną.
Zareagował natomiast na słowa szefa: "tak trudno panu rozstać się z dyrektorową.
  Nerwowy kelner dostał pięć lat więzienia. Jak na skutki czynu kara była wysoka. Pan Wićko postanowił odtąd staranniej dobierać personel.

Włodzimierz Jarmolik