poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Max Weber
W XIX w. Białystok był jednym z miast wielonarodowych, diaspora żydowska zaś należała do najliczniejszych. Nic więc dziwnego, że w naszym mieście przyszła na świat liczna grupa artystów pochodzenia żydowskiego, którzy zyskali sławę w Europie lub Stanach Zjednoczonych. Wielu z nich jest dziś zupełnie nieznanych lub niesłusznie zapomnianych w swym rodzinnym mieście. Ich prace także nie zachowały się w Białymstoku do naszych czasów.
Do najwybitniejszych w tej grupie należy zupełnie nieznany w rodzinnym mieście malarz Max Weber. Artysta urodził się 18 kwietnia 1881 r. w Białymstoku w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej Moryca i Julii Weberów. W 1891 r. z matką i starszym bratem Izraelem wyemigrował do USA, gdzie razem z ojcem zamieszkali w części Brooklynu zwanej Williamsburgiem.
W latach 1899-1900 studiował pod kierunkiem Artura Wesleya Dowa w Pratt Institute w Brooklynie. W 1905 r. wyjechał do Paryża, gdzie uczył się malarstwa w Académie Julian. Tam zetknął się z malarską awangardą tych czasów, m.in. z Picassem i Cezannem i Henri Matisse których dzieła kopiował.
Po powrocie z Paryża (1908 r.) do Stanów Zjednoczonych stał się jednym z pierwszych propagatorów kubizmu w Ameryce. Po powrocie z Paryża Weber przez cztery lata uczył tu historii sztuki i krytyki artystycznej. Jego wykłady, na których wprowadził pojęcie modernizmu w sztuce, zostały opublikowane w 1916 r. w zbiorze “Eseje o sztuce”.
W swej twórczości nawiązywał do założeń fowizmu i kubizmu, z biegiem czasu skłaniał się coraz bardziej ku ekspresjonizmowi i abstrakcji, wykorzystywał też motywy fantastyczne.
Wykłady te wywarły znaczący wpływ na pierwszą generację nowoczesnych fotografików amerykańskich. Po śmierci rodziców w 1918 r. Weber na krótko odszedł od sztuki nowoczesnej, a w latach 20. Rozpoczął badania dotyczące tematyki żydowskiej. Malował wówczas pełne liryzmu sceny z życia Żydów, będące reminiscencją lat dziecinnych.
Max Weber uważany jest za pierwszego amerykańskiego kubistę. W 1948 r.został wybrany do grona 10 najwybitniejszych artystów amerykańskich, ustępując tylko Johnowi Marinowi, a jego prace są przechowywane w najważniejszych muzeach amerykańskich i zbiorach na całym świecie, m.in. w zbiorach watykańskich w Rzymie oraz w Museum of Art w Tel Awiwie.
Artysta zmarł 4 października 1961 r. w Great Neck w USA.
sobota, 26 sierpnia 2017
Złodziej i wieczny uciekinier
Po raz pierwszy Antoni Grygieniec został aresztowany w 1921 roku jako dezerter z wojska. Następnego dnia jednak już uciekł. Miał wtedy zaledwie 19 lat. Od tej pory ucieczki z aresztów i więzień stały się jego specjalnością.
O dzieciństwie zuchwałego Antka nic nie wiadomo. Za to fakty z jego krótkiej, burzliwej młodości były znane białostockim policjantom i prokuratorom. Po raz drugi został aresztowany w styczniu 1922 r. Wpadł tak jak poprzednio, podczas nocnej obławy. Był już wtedy znanym koniokradem. Uciekł jednak ponownie. Nie gardził żadnym łupem, równie chętnie kradł mięso, jak i znalezione w jakimś chlewiku grabie i stare buty.
W marcu 1924 r. wraz z kompanem, Władysławem Grygorowiczem, włamał się do świetlicy policyjnej. Bezczelni złodzieje zabrali naczynia stołowe i kuchenne, a ponieważ byli pijani, większość z nich potłukli.
Policja potraktowała to jako wyzwanie. Sprawcy zostali wkrótce schwytani. Grygieniec musiał pewnie znowu zbiec zza kratek, bo już w grudniu 1925 r. lokalna prasa donosiła o włamaniu do sklepu Wspólna Praca przy ul. Warszawskiej 30. Ekspozytura Wydziału Śledczego działała jednak błyskawicznie. Wywiadowcy Sznekenberg, Keller i Tomczak ujęli Grygieńca już w noc sylwestrową, przy ul. Mariampolskiej (Bema), gdzie bandyta miał swoją metę. Tym razem trafił do aresztu przy Komendzie Powiatowej PP. Długo nie posiedział. Pewnego ranka zarzucił na głowę dyżurującego policjanta własne palto i spokojnie wyszedł na ulicę.
Tego już było za wiele. Prasa podniosła krzyk. "Społeczeństwo białostockie ma prawo domagać się, aby z aresztów policyjnych nie zmykali niebezpieczni złoczyńcy" - pisał tygodnik "Prożektor".
A Antoni Grygieniec dał znać o sobie już dziesięć dni później. Wraz z nowym wspólnikiem, Alfonsem Nierodzińskim, okradli kupca Berko Młotkowskiego. Nieszczęsny handlarz zasnął zbyt mocno podczas podróży z Białegostoku do Szczuczyna. Gdy obudził się niedaleko Knyszyna stwierdził z rozpaczą, że na wozie ubyło 15 nowiutkich palt przeznaczonych na sprzedaż.
Tym razem Grygieńca schwytano bez trudu. Dostał trzy lata odsiadki. Czy karę w całości odbył za kratkami? Rubryki kryminalne miejscowej prasy o tym milczą. W każdym razie na początku 1929 r. należał do najbardziej poszukiwanych przestępców na Białostocczyźnie. Jego portrety wisiały na każdym komisariacie, mieli je w pamięci wszyscy funkcjonariusze Wydziału Śledczego.
Grygieńcowi dopisywało szczęście. Nie na darmo wyrobił sobie markę zatwardziałego złodzieja. Stawał się coraz bardziej groźny. Zaczął nosić przy sobie broń i nie wahał się jej wydobywać podczas kolejnych skoków.
Ale do czasu. Pewnego, mroźnego poranka 1929 r. Grygieniec szedł ze swoją kochanką ul. Mariampolska (Bema). Tuż za nim podążało jego dwóch kumpli. Wszyscy, poza dziewczyną, byli uzbrojeni. Niespodziewanie z domu wyszedł znający bandziora wywiadowca policyjny. Wyciągnął błyskawicznie rewolwer i wezwał Grygieńca do podniesienia rąk. Ten też sięgnął po pistolet. Padły dwa strzały. Jeden był celny - kula ugodziła złodzieja w brzuch.
Wszystko rozegrało się tak szybko, że kolesie Grygieńca nie zdążyli przyjść z pomocą hersztowi. Tym bardziej, że z bocznej uliczki wybiegł patrol policji zwabiony hukiem wystrzałów. Bandyci, korzystając z szarówki, zniknęli w zaułku. Na ulicy pozostało tylko ciało ciężko rannego przestępcy i histeryzująca kobieta.
Grygieniec zmarł w szpitalu. Policja odetchnęła z ulgą, że bandyta nie będzie już jej kompromitował, uciekając ze wszystkich możliwych aresztów i więzień.
Włodzimierz Jarmolik
piątek, 25 sierpnia 2017
Gang wymuszał fałszywe zeznania
W sądzie dla pozwanego i dla powoda zawsze potrzebny jest świadek. W latach 30. minionego wieku białostoccy kombinatorzy wymyślili sposób, jak zarobić na tej instytucji.
Polska tkwiła akurat w światowym kryzysie gospodarczym, kiedy kilku bezrobotnych z Białegostoku postanowiło założyć oryginalną spółkę.
Jej zadaniem było terroryzowanie świadków występujących w procesach sądowych i zmuszanie ich do składania fałszywych zeznań. Paczka na czele z Adolfem Zawadzkim trzymała sztamę w światku podziemnym. Ilekroć jakiś przestępca chciał wykręcić się od odsiadki, zwracał się z prośbą do tejże spółki, a ta za opłatą, potrafiła zamknąć usta niewygodnemu świadkowi.
W 1934 r. policja położyła jednak kres terrorystycznej działalności Zawadzkiego i jego kompanów. Wszyscy znaleźli się pod kluczem, a sąd wlepił im wyroki od 1 do 3 lat. Zeznający w różnych sprawach świadkowie poczuli się jakby bezpieczniej. Nie na długo.
Po kilku miesiącach interes objęła nowa szajka. W jej skład wchodzili: Szloma Fin, Izaak Kantor i Izaak Dynowicz. Teraz oni groźbami i biciem wymuszali fałszywe zeznania ze wskazanych osób. Byli przy tym tak bezwzględni, że zastraszeni świadkowie szybko odwoływali wcześniejsze oświadczenia lub mówili tylko te, co im kazano. Jak to zwykle bywa, tym opryszkom także powinęła się noga. Wszystko zaczęło się niewinnie. Między właścicielem domu Szwarcem a jego lokatorem Notowiczem wynikł spór na tle płatności komornego. Ponieważ nie potrafiono go polubownie załatwić, sprawa trafiła do sądu.
Jednym z ważniejszych świadków był pracownik Centralnego Związku Właścicieli Realności o nazwisku Gryc. Gdy czekał on w wyznaczonym dniu przed salą rozpraw, podszedł do niego z groźną miną Izaak Kantor i oświadczył grobowym głosem, że jeśli powie choć słówko przeciwko Notowiczowi, to zostanie "bez płuc i wątroby". Podobne zapowiedzi w razie przegranej Notowicza jego "adwokaci" skierowali do kamienicznika Szwarca.
Gryc, pomimo niewybrednej przestrogi, zeznał przed sądem prawdę o wiadomym konflikcie. Opryszkowie także okazali się słowni. Już na drugi dzień obili solidnie nieposłusznego świadka. Chociaż Gryc bał się dalszych szykan, złożył skargę do prokuratora.
Wkrótce w dzienniku "Echo Białostockie" pojawił się artykuł pt. "Systemem Czarnej Ręki", w którym opisano fakt pojawienia się w Białymstoku nowej bandy wymuszaczy i szantażystów. Wymieniony w artykule z imienia i nazwiska Szloma Fin, prowodyr oprychów, poczuł się wielce obrażony. Ni mniej nic więcej tylko zaskarżył o zniesławienie kierującego gazetą redaktora Faranowskiego. Kiedy jednak przyszedł termin rozprawy, Fin i jego kompani nie stawili się w sądzie. Sprawa była jeszcze kilka razy odraczana, aż szantażyści znaleźli się za kratkami.
Proces szajki terrorystów rozpoczął się 6 listopada 1935 r. Trwał dwa dni. Wzbudził tak wielkie zainteresowanie, że zabrakło miejsca na sali rozpraw dla publiczności. Koronnym świadkiem oskarżenia był oczywiście Gryc. Opowiedział on dokładnie swoje perypetie z Finem i spółką. Niejaki Pławskin mówił o próbie nakłaniania go (za pieniądze) do fałszywych zeznań w sprawie podpalenia składów "Warrantu". Gdy odmówił, zaczęły się prześladowania jego i rodziny. Adwokaci oskarżonych (jeden z Warszawy) także nie próżnowali. Wynaleźli nawet dwóch osobników, którzy oświadczyli, że to właśnie Pławskin namawiał ich do niekorzystnych zeznań przeciwko Finowi i reszcie.
Pod koniec drugiego dnia rozpraw przewodniczący sądu ogłosił wyrok. Pięć miesięcy więzienia z zawieszeniem kary na 3 lata. Wszyscy byli zdziwieni. A Izaak Kantor manifestacyjnie zapowiedział nawet apelację.
Włodzimierz Jarmolik
Subskrybuj:
Posty (Atom)


