sobota, 13 stycznia 2018

Złote obrączki z tombaku

 
 
   Do dużej wprawy w handlu podrobionym złotem doszedł niejaki Justyn Siegień. Ten stosunkowo młody człowiek działał intensywnie na początku lat trzydziestych. W kronikach kryminalnych lokalnych gazet co i rusz pojawiały się wzmianki o jego kanciarskich wyczynach.
  Wiosną 1933 roku przybył do Białegostoku w pilnych interesach Szepsel Szron, kupiec z Ostrołęki. Chciał nabyć tanie materiały malarskie. Chodził po różnych sklepach, sprawdzał ceny.
  Na ulicy Sosnowej zaczepił go nagle smutny młodzian. Opowiadając krótko o swoich rodzinnych biedach, zaoferował mu do kupienia złotą obrączkę. Szron, jak na rasowego handlowca przystało zainteresował się oczywiście okazjonalną ofertą. Po krótkich targach, cena z 10 złotych zeszła na 7. Przybysz z Ostrołęki stał się posiadaczem złotego krążka. Dopiero po powrocie do rodzinnego miasta znajomy jubiler objaśnił go, że nabył tombak wartości 50 groszy.
  Identyczna niemal scena rozegrała się latem też 1933 roku na Rynku Kościuszki. Do przechadzającego się z panną pod rękę kaprala Leona Lenczewskiego podeszło dwóch biednie odzianych młodzieńców. Jeden z nich, kiepsko mówiący po polsku, zaczął opowiadać o ucieczce Sowietów, rodzinnych kłopotach, no i na koniec zaoferował do sprzedaży pamiątkową obrączkę. Żołnierz co prawda nie bardzo wierzył w rzewną opowieść, ale jednak zainteresował się złotym towarem. Pomyślał tylko, że jest to pewnie złodziejski łup i ponaglany przez swoją damę serca, kupił obrączkę za 15 złotych. Złotnik, do którego Lenczewski wstąpił w celu wykonania na złotym nabytku stosownych inicjałów, od razu rozpoznał tombakową podróbkę.
 
Z kolei taka oto historia przytrafiła się wiosną 1935 roku Mariannie Jankowskiej ze wsi Halickie. Pewnego razu przybyła ona do Białegostoku z nabiałem, oczywiście na handel. Jako najbardziej właściwe miejsce do targowania wybrała Rybny Rynek. Szybko jajek z kosza ubywało zaś w woreczku pojawiły się pieniądze. Gospodyni zaczęła już w myślach układać listę niezbędnych sprawunków. Raptem podszedł do niej młody mężczyzna w brudnym kaszkiecie. Rozwarł dłoń i pokazał zdziwionej kobiecinie złotą obrączkę. Pamiątka po dziadku, który niestety zmarł dawno temu. Życiowa opresja zmusza go do sprzedaży tej cennej pamiątki. Lepiej, żeby trafiła ona do chrześcijańskich rąk, a nie do żydowskiego lombardu - przekonywał młodzian.
  Pani Mariannie zaświeciły się oczy. Zapytała ostrożnie o cenę. Usłyszała - 5 zł. Wysupłała z woreczka wszystkie zarobione tego dnia pieniądze. Uzbierało się tego 4 złote i 20 groszy. Właściciel obrączki nie wyglądał jednak wcale na rozczarowanego. Przyjął z powagą wytarty bilon i poprosił jeszcze o kilka jajek. Dobry nastrój, który opanował gospodynię z Halickich, prysł szybko, kiedy stojąca obok przekupka wyraziła się pogardliwie o jakości nabytej obrączki. I rzeczywiście, poproszony o ekspertyzę pobliski zegarmistrz, wycenił wartość zużytego tombaku na 30 groszy.
  Oszukani przez Justyna Siegienia: kupiec, żołnierz i babina z Halickich, złożyli oczywiście zażalenie w białostockim Wydziale Śledczym. Kapral Lenczewski w pokazanym sobie albumie z fizjonomiami notorycznych kanciarzy, rozpoznał szybko typa, który sprzedał mu tombakowe kółko i naraził na słuszny gniew ze strony narzeczonej.
  Policja oczywiście miała adresowe namiary na Siegienia, jednak jego zatrzymanie nie było wcale takie łatwe. Oszust ten zwykle, po serii udanych robótek, wybywał na prowincję i tam z powodzeniem kontynuował swój tombakowy proceder. Po jakimś czasie porzucał małomiasteczkowe jarmarki, targi i odpusty. Wracał do Białegostoku, gdzie czekali na jego towar kolejni naiwni.


Włodzimierz Jarmolik

piątek, 12 stycznia 2018

Bombowy terror w Białymstoku

 

   Białystok niestety ma w historii terroryzmu zapisaną sporą kartę. W latach 1903-1907 nie było niemalże tygodnia bez zamachu. Wieczorem strach było pojawić się w śródmieściu, nie mówiąc już o przylegających doń dzielnicach. Po latach pisano, że "Białystok był gniazdem socjalistów - rewolucjonistów, komunistów i anarchistów". Ukrywali się tu "najwięksi z asów rosyjskiej partii socjalistów - rewolucjonistów oraz grube ryby międzynarodowego anarchizmu". Wkrótce Białystok objął niechlubną palmę pierwszeństwa zamachowym szaleństwie w całej Rosji. "Rzucano bomby w grupy funkcjonariuszy policji i oddzielne osoby".
  Od 1904 roku przez następne "półtora roku zabito w Białymstoku ponad stu funkcjonariuszy policyjnych". Zdarzały się też sytuacje, w których od własnych bomb ginęli sami terroryści. Tak było w 1906 roku. Był wieczór 23 stycznia, gdy do stojącej przy rynku dorożki Icka Kłopota wsiadło trzech młodzieńców. Dorożka niespiesznie ruszyła. Gdy była na ulicy Świętojańskiej, nagle nastąpiła potężna eksplozja. To wybuchła bomba wieziona przez pasażerów. Siła wybuchu była tak wielka, że "anarchistów tych, dorożkarza i konia bomba rozszarpała na drobne kawałki". Jeszcze w kilka dni po wypadku szczątki ofiar znajdowano "na ścianach przyległych domów, na płotach i na drzewach przyległych ogrodów".
  W pamięci białostoczan tragicznie zapisało się lato 1905 roku. Obfitowało ono w bombowe zamachy. 21 czerwca około godziny 22 przy fontannie na rynku stała grupa policjantów. Byli już po służbie. Rozmawiali między sobą beztrosko, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół. Wykorzystał to nieznany zamachowiec, rzucając między stojących mężczyzn bombę. Ciężko rannych zostało 4 policjantów.
  Kilka tygodni później ulicą Mikołajewską (Sienkiewicza) szedł policmajster Pielonkin. Towarzyszyli mu jego kilkunastoletni pasierb i jego gimnazjalny kolega. Gdy przechodzili przy kamienicy Łapidusa (dziś to siedziba Szkoły Teatralnej) "jakiś młodzieniec rzucił bombę w policmajstra, która policmajstrowi oderwała nogę". Ranni zostali też dwaj towarzyszący mu chłopcy.
  Z kolei 30 lipca na Suraskiej rozegrała się regularna, krwawa bitwa. W kierunku idącego środkiem ulicy wojskowego patrolu w pewnym momencie rzucono bombę. Kilku żołnierzy zostało rannych. Pozostali zaś błyskawicznie uformowali szyk i zaczęli strzelać do uciekających przechodniów. "W odwecie na strzały wojskowych, z okolicznych okien zaczęto strzelać do nich z rewolwerów". Efekt tego zajścia był zatrważający.
  Było kilku zabitych i około 50 rannych. Przeważnie miejscem zamachów były ulice, czasem sklepy bądź zakłady usługowe.
 
 
   Tym większe wrażenie na mieszkańcach zrobił zamach bombowy na dom znanego i powszechnie szanowanego białostockiego przemysłowca Antoniego Wieczorka. Mieszkał on wraz z rodziną przy ulicy Nowoszosowej (Dąbrowskiego). Był wieczór 27 sierpnia 1905 roku. Dochodziła godzina 23. Mimo późnej pory Wieczorkowie jeszcze nie spali. W salonie córka Antoniego, Zofia grała na fortepianie. W pewnej chwili rozległ się łoskot tłuczonego szkła i do salonu przez rozbite okno wleciała rzucona z ulicy bomba. Wybuch ranił w obie nogi Zofię. Po kilku sekundach w przeciwległej stronie domu rozległ się kolejny wybuch. Przerażeni domownicy wybiegli na dwór. Po ochłonięciu zaczęli trwożnie rozglądać się, jednak na ulicy nie było już nikogo.
  W kwietniu 1906 roku nieznani zamachowcy wrzucili bombę do mieszkania dyrektora fabryki Commichaów, Fiodora Brauera. Tu ciężko ranna została jego żona, a mieszkanie Brauerów przy ulicy Artyleryjskiej zostało kompletnie zniszczone. W tym samym dniu dokonano zamachu na mieszkanie innego znanego białostockiego fabrykanta Lejzora Hendlera. Tu też mieszkanie przy ulicy Pocztowej (Jurowiecka) zostało całkowicie zniszczone. Ciężko ranna została córka Hendlera, Rosa. Hendlera nie było wówczas w domu. Zamachowcy postanowili jednak dopiąć swego. Kilka dni później zastrzelili go na ulicy.
  Szeroko komentowany był zamach z lutego 1906 roku, kiedy do zakładu fryzjerskiego Jana Tulki przy Lipowej wrzucono bombę. W kwietniu podobne zajście dotknęło Zelmana Kaleckiego znanego miejscowego kupca. W wyniku eksplozji ciężkich obrażeń doznał jego syn, który wtedy znajdował się w sklepie ojca. Ostatni spektakularny zamach bombowy w tamtych latach miał miejsce 19 sierpnia 1906 roku - bombę wrzucono do sklepu wędliniarskiego Józefa Chodorowskiego przy rynku. Szczęśliwie kupujący i personel zdążyli przed samym wybuchem wybiec na zewnątrz.

Andrzej Lechowski


czwartek, 11 stycznia 2018

Weksel znaczył szwindel

 


   W przedwojennej Polsce, w handlu, dużą rolę odgrywały weksle. Te pisemne zobowiązania spłaty długu znane były od wieków. Dawano na nie pożyczki i towary. Także w ówczesnym Białymstoku.
  Pierwsze lata niepodległej Rzeczypospolitej były obfitujące w kariery rozmaitych szwindlarzy i spekulantów. Marka ciągle traciła na wartości. Stabilny pieniądz wprowadził dopiero w 1924 roku minister skarbu Władysław Grabski. W tym czasie w obrocie handlowym kursowały rozmaite weksle i czeki z podejrzanymi żyrantami. Aby tylko interes szedł.
  W roku 1919 pojawił się przy Rynku Kościuszki pod numerem 32 nowy sklep. Szyld informował, że jest to "Sklep towarów manufakturowych - Morduch Kowalski". Lokal był przestronny, a jego reklama głośna. Przedsiębiorczy właściciel powoływał się ciągle na swoje znakomite stosunki z fabrykantami Warszawy i Łodzi.
  Po reformie Grabskiego handlowa działalność Kowalskiego, oparta głównie na wypisywanych na lewo i prawo wekslach, stanęła pod dużym znakiem zapytania. Trzeba było w końcu uregulować narastające długi. Spekulant zrozumiał, że jego majątek, którego dorobił się różnymi machlojkami, poważnie ucierpi. Musiał się jakoś ratować. Wymyślił więc szybko popularny skądinąd sposób - upadłość. Wierzycielom płaciło się wówczas 30 proc. zaległości i tak byli zadowoleni. Nie tracili bowiem wszystkiego.
  Ale to nie był koniec konceptów pomysłowego pana Morducha. Kiedy w październiku 1924 roku poszły do protestu jego weksle na sumę ponad 100 tys. złotych, wcale się tym nie przejął. Natychmiast udał się, jak gdyby nigdy nic do swoich kontrahentów warszawskich i łódzkich, którzy nie wiedzieli jeszcze o jego tarapatach, i za nowe weksle zakupił wielkie partie towarów sukiennych i bawełnianych. Materiały te zaraz sprzedał częściowo na miejscu, a resztę wywiózł do Wilna. Cena była przystępna, więc szybko zbył cały majdan.   Zdobyta w ten sposób spora gotówka, zamieniona na dolary, miała posłużyć białostockiemu aferzyście w ucieczce za granicę, co sobie już wcześniej wykombinował.
  Traf chciał, że jeden z oprotestowanych weksli Morducha Kowalskiego trafił na stołeczną giełdę takich podejrzanych papierów. Wśród kupców warszawskich, a szybko i łódzkich, rozeszła się wieść o plajcie białostockiego odbiorcy.
 
Do miasta słynącego ze swoich manufakturowych tradycji, zaczęli zjeżdżać liczni wierzyciele. Kowalski oczywiście gdzieś wyparował, a jego dostojna małżonka opowiadała wszystkim, że nic a nic nie orientuje się w interesach, które prowadził jej mąż. Nie wiedziała też gdzie ewentualnie można byłoby go znaleźć.
  Stratni kupcy nie dali jednak za wygraną. Wynajęli białostockiego adwokata Bronisława Gruszkiewicza, aby ten na drodze prawnej ratował ich należności. Mecenas dziarsko wziął się do dzieła. Przede wszystkim doprowadził do sądowej upadłości firmy "Sklep towarów manufakturowych - Morduch Kowalski". W ten sposób stratnym handlowcom z Warszawy i Łodzi udało się odzyskać przynajmniej część wyłudzonych od nich produktów tekstylowych. Najważniejsze było jednak odnalezienie samego Kowalskiego, oczywiście wraz z zagarniętą gotówką, o ile jeszcze jej nie przeputał.
  Powiadomiona o sprawie malwersacji Ekspozytura Urzędu Śledczego wszczęła dochodzenie. Szybko ustalono, że kupiec - oszust poszukał schronienia w Gdańsku. Liczył na to, iż na terenie Wolnego Miasta może czuć się całkowicie bezpiecznie. Szykował się zapewne w dalszą drogę, jak można się domyślać do Ameryki. Tymczasem miano go widywać w Sopotach, gdzie przy ruletce chciał pomnożyć jeszcze swój kapitał.
  Na prośbę komendy Policji Państwowej w Białymstoku jej gdańscy koledzy aresztowali Kowalskiego. Trafił on pod konwojem do Tczewa, a stąd via Warszawa, do więzienia w swoim rodzinnym mieście.
  Morduch Kowalski był jednak cwaniakiem dużego kalibru. Za pośrednictwem wspomnianego wyżej adwokata Gruszkiewicza dogadał się ze swoimi wierzycielami, ci wycofali skargę i zgodzili się na powetowanie przynajmniej części poniesionych strat. Nauczka, co do weksli bez pokrycia, jednak pozostała.

Włodzimierz Jarmolik