niedziela, 7 stycznia 2018

Czarnoręki z ul. Kijowskiej

 

   W świecie przestępczym zawsze musiał istnieć czarny charakter. Nie zwykły złodziej czy oszust, ale ponury zbir, który potrafił napędzić ludziom dużo strachu. Białystok początków lat trzydziestych też miał takiego typa - Abrama Tyszlermana.
  W tym czasie było w mieście wiele stołów bilardowych rozstawionych w różnych lokalach rozrywkowych, hotelach, restauracjach, jak też specjalnych salach. Grano tam głównie w piramidkę. Grano oczywiście na pieniądze i to często nie o liche sumy.
  Jednym ze stałych i namiętnych graczy był niejaki Najdorf. Uważano go za głównego bankiera białostockiego światka przestępczego. Grał ostro, zwłaszcza w sali bilardowej "Polonia" przy Rynku Kościuszki.Do ochrony swojej osoby potrzebował, jak to się dzisiaj mówi, goryla. Bezwzględnego i krzepkiego osiłka.
  Został nim dwudziestoparoletni Abram Tyszlerman z ul. Kijowskiej, czyli z samego środka ponurych Chanajek. Ten oczywiście zawsze kręcił się koło szefa. Pilnował go zarówno w bilardowni, restauracji czy piwiarni, jeśli ten zechciał tam wstąpić. W razie potrzeby bił i poniewierał dłużników bilardowych swojego pryncypała.
  Los taki spotkał w lutym 1932 roku Szlomę Fina, który winien był Najdorfowi 100 złotych. Kiedy w klubie "Polonia" grał spokojnie w bilard, Tyszlerman i jego kompan Lejba Kagan, zaczęli go przymuszać do zwrotu długu. Ten odważnie odmówił. Wtedy w ruch poszły kije bilardowe, a nawet noże. Szczęściem dla Szlomy Fina było to, że jego głośne krzyki usłyszał przechodzący ulicą posterunkowy. Gdyby nie jego interwencja doszłoby do dużej masakry. Tyszlerman został zatrzymany, a policja zaczęła się bacznie przyglądać jego dotychczasowym poczynaniom.
  Co się okazało? Już od kilku lat stał on na czele bezwzględnej grupki opryszków, którzy sami siebie, na wzór rozsławionych przez prasę amerykańską gangsterów, nazywali "Czarną Ręką". Zaczęto więc dokładnie sprawdzać w policyjnych sprawozdaniach historie pasujące do tej z bilardowni "Polonia".
 
Od roku 1930 na białostockich ulicach zaczęły zdarzać się brutalne napaści na wracających nocną porą spóźnionych przechodniów. Wymuszano pieniądze, odbierano walizki, zdejmowano siłą zegarki. Ofiarami "czarnorękich" padali też właściciele szemranych interesów - piwiarni z nielegalną wódką, podrzędnych restauracji czy potajemnych burdeli.
  Okazało się także, że swój haracz bandziorom musieli płacić właściciele prywatnych  autobusów
międzymiastowych. W razie odmowy ich pojazdy miały natychmiast poprzecinane opony.
  Firma Tyszlerman i spółka prowadziła wielce wszechstronną działalność. Za ustaloną opłatą można było zlecić jej pobicie niewygodnego konkurenta albo podpalenie jego interesu. Można było też zamówić ukrócenie zbyt długiego języka świadkowi sądowemu. Do kieszeni opryszków trafiały również sumki od ojców, którzy wydawali właśnie swoje córki za mąż.
  Co jeszcze ustalili policjanci z Wydziału Śledczego? Otóż specjalnością Tyszlermana było prześladowanie właścicieli lokali z tzw. rozrywką. Żeby nie tracić klientów i sprzętu, owi nieszczęśnicy musieli wręczać zbirowi określoną sumę albo raczyć sutym poczęstunkiem.
Jednym z najbardziej prześladowanych był dzierżawca sali bilardowej "Polonia. Co tydzień wydawał sporo forsy na podejmowanie Tyszlermana i jego kumpli w pobliskiej restauracji "Łącz". Doszło do tego, że musiał otworzyć tam dla Tyszlermana stały rachunek.
  W końcu miarka się przebrała. Oprych z ul. Kijowskiej został aresztowany. Razem z nim za kratki trafiła cała jego kompania. W październiku 1932 roku odbył się głośny w mieście proces "Czarnej Ręki". Abram Tyszlerman zainkasował trzy lata odsiadki. Podobnie jak jego braciszek Zorach i bracia Lejba i Josel Kaganowie.
  Na ławie oskarżonych zasiadł też Izrael Fiszer, z zawodu tragarz i awanturnik, jakich mało. W 1931 roku posterunkowy przydybał go na ulicy Surażskiej, kiedy w pijanym widzie mocował się ze słupem telegraficznym. Tygodnik Reflektor odnotował taki oto dialog między nimi: - Odstaw się pan od tego słupa. Na co Fiszer: - A pan nie zwracaj na mnie uwagi. Ja go tylko wyrwę i pójdę do domu.
  Jak widać król tragarzy, jak nazywano Fiszera, miał duże pożucie humoru.

Włodzimierz Jarmolik

sobota, 6 stycznia 2018

Człowiek błyskawica w hotelu Ritz

 

   Wielkim hitem początku wiosny 1925 roku było zapowiadane przybycie do Białegostoku wszechświatowej sławy artysty transformisty O. Marconiego, znanego jako człowiek-błyskawica.
 W przedwojennym Białymstoku wszystkie atrakcje podkasanej muzy odbywały się najczęściej w Ritzu. Nadawał on każdemu wydarzeniu szyk i rangę. Wielkim hitem początku wiosny 1925 roku było zapowiadane przybycie "wszechświatowej sławy artysty transformisty .
  Pomysłodawcą i kierownikiem całego przedsięwzięcia był Rączka. Panie zaś śpiewały wdzięczne i śmieszne kuplety. Ale gwiazdą programu był Marconi. Jego przybycie do Białegostoku "wzbudziło niepowszednie zainteresowanie". Transformatyzm tego artysty polegał na "odtwarzaniu galerii znakomitych kompozytorów".    Marconi przebierał się więc za Franciszka Liszta, Giuseppe Verdiego, Piotra Czajkowskiego, Antoniego Rubinsztejna, Ryszarda Wagnera, Wolfganga Amadeusza Mozarta czy Franza Suppe.
  Dzień w dzień od 25 marca o godzinie 9 wieczorem sala restauracji w Ritzu wypełniona była po brzegi. Najpierw podawano kolację, do której przygrywał "koncertowy kwintet muzyki". Pół godziny przed północą na scenę wychodził Rączka. Ze swadą objaśniał rządnej wrażeń publiczności co za chwilę będzie mogła zobaczyć. Gdy kończył, kwintet dawał tusz oparty na twórczości kompozytora, w którego właśnie miał się przeistoczyć Marconi. I wówczas z za kulisy w świetle prowadzącego reflektora wychodził człowiek - błyskawica.
   Ten artystyczny przydomek miał podkreślać z jaką szybkością transformista potrafił się przeistoczyć z figlarnego, dowcipnego Mozarta w chmurnego Wagnera. Jak ze stanu depresyjnego Czajkowskiego przeistaczał się w pewnego siebie, władczego Verdiego. Cały program ilustrowany muzyką trwał około godziny. Po nim ritzowi goście ruszali na parkiet. Rozpoczynał się dancing - serpentina. Nad ranem pełni wrażeń, wymęczeni, ale zadowoleni białostoczanie, mający przekonanie, że byli uczestnikami światowego wydarzenia zapadali w domowe pielesze.
  Wybrańcy, którym udało się zarezerwować stoliki na czwartkowy wieczór 26 marca mieli dodatkowa atrakcję. Tego dnia już od rana montowano w Ritzu "superocakcyjny aparat o 6 tempach". Był to najnowocześniejszy radioodbiornik. Zapewniano, że "daje pełną gwarancję, że zgromadzona publiczność usłyszy dźwięki głośno i wyraźnie". Pokazowi towarzyszył wykład pod oczywistym w tamtych latach tytułem "Co to jest Radio". Prezenterami tego angielskiego modelu byli inżynierowie Włodzimierz Topór i Aleksander Hildebrandt. Tego ostatniego przedstawiano jako syna znanego weterana 1863 roku. Tego wieczora program zaczynał się wcześniej.    Już o 19 goście zasiedli w restauracji i ze zdumieniem wsłuchiwali się w "produkcje radiofoniczne najlepszych stacji europejskich jak - Londynu - Rzymu - Berlinu - Zurychu". Panowała zgodna opinia, że radio "ulepszone, oczyszczone z niepotrzebnych szumów i czasami suchych trzasków otwiera olbrzymie pole do fantazji na temat ukształtowania się naszego życia za kilkanaście lat". Publiczność wdzięczna inżynierom za Wieczór Radio Koncertowy nagrodziła ich "zupełnie zasłużonymi i hucznymi oklaskami". Przy stolikach w trakcie kolacji w oczekiwaniu na występ Marconiego mówiono wyłącznie o 6 tempach superocakcyjnego aparatu.
   Niestety gościnne występy Marconiego w Białymstoku zbliżały się do końca. Ostatni wieczór odbył się 1 kwietnia 1925 roku. Transformista w finale przeszedł sam siebie. "Wykonał wspaniały wodewil Królowa Fokstrotów, sam jeden w 9 osobach - 50 zmian kostiumów". Wszystko odbywało się oczywiście w błyskawicznym tempie. Jak przystało na finał, Rączka też postarał się o coś wystrzałowego. Na afiszach pojawiła się zapowiedź, że "wykona po raz pierwszy w Białymstoku pieśni syberyjskiego zesłańca i pieśni katorgi". Mimo, że podobały się słuchaczom, to odczucia były mieszane. Po prostu publiczność nie transformerowała tak błyskawicznie jak Marconi i nie nadarzyła za zmianami nastrojów rozpiętych pomiędzy Królową Fokstrotów, a syberyjskim skazańcem.


Andrzej Lechowski

piątek, 5 stycznia 2018

Gangsta's Paradise

 

   W pierwszym dziesięcioleciu XX wieku z zachodnich terenów Imperium Rosyjskiego wyjechało do Ameryki wiele rodzin żydowskich. Było to spowodowane pogromami z inspiracji ochrany carskiej, a także powszechną biedą.   Żydzi trafiali zwłaszcza do Chicago i Nowego Jorku, gdzie były już znaczne ich skupiska. Wśród swoich było znacznie łatwiej przystosować się do amerykańskiej rzeczywistości. Me, żydowskie chojraki szybko zaczęły trafiać na ulicę i schodzić na drogę występku. Nie widzieli dla siebie innych, korzystnych możliwości.
  Do chicagowskich gangów trafiali też młodzieńcy z Białegostoku. Nie byli w nich liderami, ale zawsze mieli jakieś zajęcie. Zwłaszcza kiedy na początku lat 20. wprowadzono w Stanach Zjednoczonych prohibicję, czyli zakaz produkcji i sprzedaży alkoholu, nawet niskoprocentowego piwa.
  Wtedy to zawrotną karierę zaczął robić gangster al Capone i wielu innych wytwórców i przemytników zakazanych trunków. W połowie lat 20 banda al Capone walczyła o wpływy w Chicago z irlandzko-żydowskim gangiem Diona O'Baniona. Po obu stronach ginęli zarówno zwykli cyngle, jak też ich bossowie. Ofiarą porachunków gangsterów padali też niewinni ludzie.
  Niektórzy przestępcy, którzy nieco się dorobili, albo nie chcieli ryzykować życia w dalszej wojnie bimbrowników, uciekali do swoich europejskich krajów. Tak postanowiło również zrobić dwóch mało znaczących, ale wciąż bojowych gangsterów z Białegostoku. Pierwszy powrócił w 1925 roku Chaim Sarowski, który był za oceanem na tyle długo, że dorobił się amerykańskiego obywatelstwa.
  Na bruku białostockim szybko zyskał sobie miano króla Chanajek, gdyż w tej biednej, żydowskiej dzielnicy założył swoją kwaterę. Dobrał sobie na towarzysza Jankiela Kapickiego, chanajkowskiego zakapiora i razem grasowali po ulicach i zakamarkach Chanajek. Stosowali praktyki iście gangsterskie. Szantażowali, zastraszali i bili miejscowych sklepikarzy i wszystkich tych, którzy wchodzili im w drogę. Nie ustępowali nawet stróżom prawa.
  22 września 1926 roku Sarowski i Kapicki stanęli przed obliczem sędziego Rybałtowskiego, przewodniczącego Sądu Okręgowego. Oskarżenie wynikało z artykułu 142 kodeksu karnego, mówiącego o stawianiu oporu policji. Szczególnie wyróżniał się w tym samozwańczy król Chanajek. M.in. poobrywał on przodownikowi Zadrożnemu dystynkcje, wyrwał szablę oraz chwycił go za gardło i zaczął dusić. Kapicki starał się mu pomagać. Chaim Sarowski nie skorzystał z pomocy adwokata. Bronił się sam. Za walki z policjantami sędzia skazał go na dwa miesiące bezwzględnego aresztu. Kapicki, którego bronił z urzędu mecenas Lipko (ten sam, którego niegdyś reprezentował Urke Nachalnika, oskarżonego o napad bandycki), wywalczył dla swojego klienta jeden miesiąc. Nim Chaim Sarowski znalazł się za kratkami, w kilka dni po wyroku wdał się w bójkę nożową z niejakim Wacławem Cieślukiem i został mocno pokłuty. Wylądował więc w szpitalu, a jego pogromca w areszcie.
  Innym powracającym w rodzinne strony gangsterem był Josel Gelberg. Było to na początku 1927 roku. Przed dwudziestu laty wyruszył wraz ze starszym bratem Szymonem do amerykańskiej ziemi obiecanej. Wrócił w rodzinne strony, czyli Chanajki, ze sporą ilością dolarów. Część przeznaczył na zakup domu przy ul. Pieszej, nieco chciał zainwestować w jakiś bezpieczny interes, a resztę schował na czarną godzinę. Oczywiście bogatym sąsiadem zaraz zainteresowali się chanajkowscy złodzieje. Nie zważali na jego gangsterską biografię. Zaczęły się sprytne podchody. W końcu znany włamywacz i szuler Szmul Gorfinkiel trafił Gelberga na tysiąc dolarów i złoty zegarek. Poszkodowany nie darował. Sam odszukał złodzieja i zgłosił to policji. Gorfinkiel poszedł na dwa lata do celi.
  W 1932 roku Josela Gelberga doszła wiadomość, że w porachunkach bandyckich zginął w Nowym Jorku jego brat Szymon. Cały swój majątek, 90 tys. dolarów, zapisał młodszemu bratu. Ten natychmiast wysłał do Stanów Zjednoczonych plenipotencję do przeprowadzenia sprawy spadkowej.

Włodzimierz Jarmolik