wtorek, 7 listopada 2017

Cwany paser z ul. Św. Rocha

 

   Przedwojenny świat złodziejski nie mógł obyć się bez paserów. Długo w zaułkach Chanajek królował Ela Mowszowski, spec od grubych afer. Mniejszym, za to ruchliwym paserem był Zundel Połter z ul. Św. Rocha. Jaszkie, jak nazywano Połtera w przestępczych kręgach, kupował od swoich szemranych dostawców niemal każdy, cokolwiek warty fant. Płacił oczywiście mało, ale był bardzo przydatny chanajkowskim złodziejaszkom. Nadawał im dobrze już rozpracowane przez swoich pomocników roboty. Gdy któryś z worychów był w potrzebie, służył pożyczką. Na swojej ulicy był ich stróżem opiekuńczym.
  W 1934 roku przy znacznym udziale pasera Jaszkiego powstała w Chanajkach grupka złodziei, których w poważnej literaturze kryminalistycznej określano szpryngowcami. Szpryng znaczyło tyle, co ukraść szybko w biały dzień z jakiegoś mieszkania, najlepiej z przedpokoju, jakąś wartościową rzecz i zmyć się niepostrzeżenie.
  Szpryngowcy szukając lepszego łupu wybierali najchętniej przedpokoje mieszkań należących do zamożnych właścicieli. Popularnym sposobem ich działania był chwyt "na pomyłkę". Ubrany nawet całkiem przyzwoicie złodziej pukał lub dzwonił do drzwi pod wytypowanym wcześniej adresem i służącej, która mu otwierała (u bogatych mieszczuchów były zazwyczaj takowe), anonsował się z wizytą do jej pana. Kiedy ta, pozostawiwszy gościa w przedpokoju szła zawiadomić swojego pryncypała o przybyszu, złodziej skwapliwie penetrował wieszaki i stoliki z ich zawartością, a następnie, umiejętnie, blokował od wewnątrz zamek przy drzwiach. Po pojawieniu się właściciela mieszkania szpryngowiec udawał zaskoczenie i gorąco przepraszał za zaistniałą pomyłkę i zakłócenie spokoju. Odwracał się na pięcie i czym prędzej wychodził. Nie zapominał jednak starannie zamknąć spreparowanych już do włamu drzwi.
  Odwrót złodziejaszka był oczywiście pozorny. Pozostawał on na klatce schodowej, nasłuchiwał pilnie co się działo po drugiej stronie. Jeśli nie było żadnych odgłosów, wówczas otwierał ostrożnie drzwi z niezatrzaśniętym zamkiem i szybko wynosił upatrzone wcześniej futra, palta czy lichtarze.
Innym trikiem białostockich szpryngowców było wizytowanie wartych zabiegów lokali pod płaszczykiem domokrążców czy żebraków. Właśnie w ten sposób działała szajka stworzona przez pasera Połtera. Przez szereg miesięcy nękała ona mieszkańców naszego miasta. Wydział Śledczy, do którego spływały zawiadomienia o przedpokojowych kradzieżach był przez długi czas całkiem bezradny. Złodzieje nie pozostawiali po sobie żadnych śladów, a zeznanie poszkodowanych co do okoliczności kradzieży różniły się często diametralnie.
  W końcu jednak sprawa się rypła. W szajce doszło do konfliktu interesów, oczywiście na tle podziału zdobywanych łupów. Jaszkie, organizator całego procederu, chciał brać znacznie większą dolę niż jego pomagierzy. A było ich kilkoro: bezrobotny malarz pokojowy, handlarz świętymi obrazkami, zawodowy żebrak, a zwłaszcza Maria Gołaszczuk, zawodowa złodziejka, wydalona jakiś czas tam z Francji. Właśnie owa internacjonalistka postanowiła po ostatniej, szczególnie zyskownej robocie okpić swojego szefa. Ukryła dużą część łupu. Jaszkie był jednak nie w ciemię bity. Nasłał na mieszkanie nierzetelnej pomocnicy znajomych włamywaczy. Ci wydobyli z zakamarków jej mieszkania towaru na blisko 2 tys. złotych.
  Poszkodowana Gołaszczuk zgłosiła się na IV komisariat i doniosła o swojej stracie. Gorzej dla siebie nie mogła zrobić. Policjanci z Wydziału Śledczego bardzo wnikliwie zajęli się jej sprawą. Wkrótce wyszła na jaw cała złodziejska konspiracja z ul. Św. Rocha. Aresztowano wszystkich szpryngowców. Za kratki trafił protektor Zundel Połter, zwany Jaszkie. Po kilku miesiącach sprawa znalazła się przed białostockim Sądem Grodzkim. Cwany paser i Maria Głuszczak dostali po roku więzienia, a pozostali delikwenci poszli za kratki na pół roku.
  Publiczność wychodząca z sali sądowej przy ul. Mickiewicza zastanawiały te całkiem niskie wyroki. Zwłaszcza, że jedną z ofiar zuchwałych złodziejaszków padła w swoim czasie żona sędziego Korab Karpowicza. Pewnego kwietniowego poranka 1935 roku z wieszaka w jej luksusowo urządzonym przedpokoju zniknęło drogie futro. Cóż, Temida bywa czasami niedowidząca.

Włodzimierz Jarmolik

czwartek, 2 listopada 2017

Z kroniki policyjnej

 

   W przedwojennej prasie popularne były różnego rodzaju kroniki kryminalne. W 1925 r. Dziennik Białostocki opublikował materiał pt. "Nowy typ niebieskiego ptaka". Jego autor stwierdził, że przez żadne bodaj miasto prowincjonalne nie przewinęło się tyle tzw. niebieskich ptaszków, wszelkiego rodzaju i gatunku, co przez Białystok. Przez pewien czas grasowali tutaj rozmaici "wydawcy" i "redaktorzy", mający na celu ordynarny szantaż, albo zdobycie od łatwowiernych kupców i fabrykantów ogłoszeń. Później pojawili się "finansiści" od robienia interesów w drzewie, konopiach, kartoflach, kocach itp. Aż się roiło od tego tałatajstwa. Z czasem przybyli agenci i reprezentanci firm istniejących przeważnie na papierze. Ostatnio pojawił się nowy typ oszusta - fotografa. Już od stycznia odwiedzał domy agent Franciszek Więckowski. Dostatni ubiór, płynna wymowa i spryt, uosabiały przychylnie do agenta, który proponował za opłatą bajecznie niską powiększenie fotografii. Zamówienia posypały się jak z rogu obfitości, za nimi zaliczki. Gdy już większość klientów wpłaciła gotówkę, oszust ulotnił się. Tymczasem firma faktycznie wykonała portrety i nadesłała je za zaliczeniem pocztowym. Rzecz jasna, że amatorzy powiększonych zdjęć ślubnych po prostu ich nie wykupili. W porę wdała się w całą sprawę Ekspozytura Urzędu Śledczego i osadziła przedsiębiorczego "fotografika" za kratkami.
  Z kolei w 1937 r. "Echo Białostockie" opisało ze szczegółami następującą historię: "Szmul Cywes podejrzany był o paserstwo, gdyż podczas dokonywania u niego rewizji zakwestionowano dwie kurtki niewiadomego pochodzenia. Co prawda on twierdził uparcie, że to jego własność, ale pomogło mu to tyle, co umarłemu kadzidło. Policja kurtki zabrała. Zgłosił się wtedy do Cywesa niejaki Duczyński Abram, gość wielce szacowny, którego fotografie z całą pieczołowitością przechowywane są w albumach policyjnych, a którego wywiadowcy białostoccy lepiej pilnują niż Scotland Yard - króla Jerzego VI. Duczyński oświadczył, że za odpowiednim wynagrodzeniem podejmuje się jego sprawę pozytywnie wyjaśnić. - Bądź pan spokojny, ja w policji jestem bardzo dobrze znany. Sam komisarz zwraca się do mnie per "ty". - zapewniał Cywesa. Cywesowi zależało na owych kurtkach, dlatego też wręczył Duczyńskiemu 45 zł na "koszta manipulacyjne", i czekał. Policja jednak kurtek nie zwracała. Trudno. Cywes sam poszedł na komisariat. Rozpytał się o wszystko. Dowiedział się wówczas, że Duczyński nabił go po prostu w butelkę. I po co to wszystko panu było - spytał policjant Cywesa - skoro kurtki miały nie pochodzić z kradzieży? Widocznie jednak coś z nimi nie tak".
  Wiosną 1939 r. "Wiadomości Białostockie" zamieściły w kronice kryminalnej relację noszącą tytuł: "Ulica Brukowa - centrum brudu". Rzecz jednak wcale nie dotyczyła sprzątania, lecz bandytyzmu. "Sąd Okręgowy rozpatrzył sprawę Jana Matejaka i Stanisława Olszyny oskarżonych o to, że 3 grudnia 1938 r. pod groźbą użycia siły zrabowali Stanisławowi Panasewiczowi litr wódki, krążek kiełbasy i 16 złotych gotówką. Okazało się też, że Jan Matejak ma już na swoim koncie 11 wyroków skazujących go w sumie na 18 lat więzienia. Ciekawe było też ostatnie słowo oskarżonego. Nie przyznając się do zarzucanego mu czynu, całą winę za swoją przeszłość zrzucił na ulicę Brukową. "Mieszkam - powiedział - na Brukowej, w centrum brudu i demoralizacji. Nic więc dziwnego, że stąd tak łatwo trafić do więzienia".

Włodzimierz Jarmolik



środa, 1 listopada 2017

Ulica Brukowa 8

 

   Ulica ta leżała w samym środku przestępczych Chanajek. Od sąsiadujących z nią ulic i zaułków wyróżniała się tym, że mieszkała przy niej spora grupka ludności nieżydowskiej. Ale na poziom uczynków niegodnych nie miało to wielkiego wpływu. Katolicka część Brukowej także słynęła ze swoich złodziejaszków i awanturniczych indywiduów, którym nieobce były wytrychy, łom czy nawet pistolet.
  Brukowa ciągnęła się od Krakowskiej do Sosnowej. Liczyła sobie blisko 30 posesji. Szczególnie aktywni brukowce zamieszkiwali gdzieś w jej połowie. Wyróżniali się zwłaszcza lokatorzy domu nr 8. Oto najbardziej ciekawe egzemplarze.
  Na pierwszym miejscu należy niewątpliwie wymienić Kazimierza Zabijakę. Nazwisko bardzo groźne, był on jednak tylko złodziejem sklepowym. Z dwoma koleżkami, Stanisławem Dąbrowskim i Władysławem Fiedorukiem wybijali nocną porą dziurę w ścianie upatrzonego obiektu i wynosili cały, często dosyć lichy towar. Wpadli w styczniu 1931 r. Zabijaka jako prowodyr dostał rok odsiadki.
  Innym specjalistą od wszelakich kradzieży był pomieszkujący pod brukowską ósemką Kazimierz Galicki. On także miał swoich pomagierów. W 1933 r. wpadli oni na dwóch złodziejskich robotach. Najpierw włamali się do składu z narzędziami technicznymi. Wartość łupu wyniosła ponad tysiąc złotych. Parę tygodni później wpadli na kradzieży gotówki i biżuterii wartości blisko 200 zł. Poszkodowaną okazała się Wiktoria Ilonowicz. I ci brukowcy trafili za kratki.
  Dalej należy wymienić potokarza Sobczaka, który w latach 20. okradał z powodzeniem chłopskie furmanki, zmierzające ul. Krakowską w kierunku Siennego Rynku i Kazimierza Daniłowicza, specjalizującego się w podbieraniu drobnych przedmiotów w małych zakładach rzemieślniczych. Upodobał on sobie zwłaszcza warsztaciki szewskie, no i 1934 r. wpadł na ul. Kalinowskiego z parą butów za pazuchą.
 

   Szczególnego pecha miał w tymże samym roku Czesio Binczewski. Pewnej nocy opuścił swój pokoik przy Brukowej 8, udał się na ul. Sosnową pod parkan otaczający cmentarz prawosławny, przeskoczył go i zabrał się do zrywania owoców. Choć dozorca spał, za to czuwał jego pies. Czesio zanim zdołał umknąć przed groźną sobaką, został przez nią dotkliwie pogryziony. Oczywiście torba z jabłkami i gruszkami także przepadła.
  W takim miejscu, jak Brukowa 8 nie mogło obyć się bez panienek lekkich obyczajów. Policjantom z IV komisariatu szczególnie dawała się we znaki Maria Nester. Ciągle składała zażalenia na swoich klientów, a to, że byli niewypłacalni, albo też, że okradali ją z gotówki i różnych przedmiotów. W sierpniu 1936 r. złożyła skargę na znanego, miejscowego awanturnika Wiktora Morawskiego, który nie tylko ją okradał, ale też groził jeszcze dotkliwym pobiciem. Na początku 1937 r. sprawa trafiła do Sądu Okręgowego. Ten uniewinnił Morawskiego od wydumanej przez prostytutkę kradzieży, lecz za pogróżki wlepił mu osiem miesięcy odsiadki.
  Modelowym wzorem brukowca można uznać niewątpliwie niejakiego Jana Matejczyka. Jego sprawa trafiła na wokandę wiosną 1939 r. Historia wydawała się dosyć błaha. Otóż w grudniu poprzedniego roku Matejczyk z kompanem Stanisławem Olszyną zatrzymali na ul. Krakowskiej Stanisława Panasewicza i, demonstrując swoje muskuły, zabrali mu litr wódki, pęto kiełbasy i 16 zł gotówką. Przewód sądowy był jednak całkiem ciekawy. Okazało się bowiem, że Matejczyk jest recydywistą i ma już na swoim koncie aż 11 wyroków. W sumie uzbierało się 18 lat więzienia. Niektóre wyroki były łączne, ale i tak Matejczyk duży kawałek dorosłego życia spędził za murami więziennymi.
  W ostatnim słowie oskarżony Matejczyk nie przyznał się do zarzucanego mu czynu. Jako główną sprawczynię swoich wszystkich wyroków wskazał ... ulicę Brukową, przy której na nieszczęście przyszło mu mieszkać. To wylęgarnia zła, dowodził. Sąd nie dał się przekonać. Niepoprawny Matejczyk dostał aż 6 lat. Ulica Brukowa została uniewinniona.

Włodzimierz Jarmolik