środa, 14 lutego 2018

Proceder - Rodzinka.sp.zoo

 

  Oparciem dla przedwojennych białostockich opryszków, oprócz wypróbowanych kumpli, była najbliższa rodzinka. Żona, siostra czy córka wnosiły całkiem wiele do ciemnych interesów swoich mężczyzn. Włamywacze potrzebowali zaufanych świec do ustalania i obstawiania miejsca do skoku, doliniarze sprytnych tycerek, zasłaniających ich manipulacje przy cudzych kieszeniach, sutenerzy zaś odpowiedniej ręki przy rekrutowaniu i nadzorowaniu prostytutek. Kobiety nadzwyczaj skutecznie odgrywały tę rolę.
  W drugiej połowie lat 30. grasowała w Białymstoku szczególnie zuchwała szajka włamywaczy, tzw. lipkarzy, którzy do mieszkań dostawali się przez okno. Wybierali lokale na I lub II piętrze, których właściciele pozostawiali otwarte okna, drzwi balkonowe bądź lufciki. Szefem bandy był Jan Piłasiewicz, złodziej od zarania II Rzeczypospolitej.
  Jego kompanem był Henryk Gebauer, także wytrawny rzezimieszek z solidną kartoteką. Rolę głównego wywiadowcy i obserwatora miejsc skoków pełniła natomiast dwudziestokilkuletnia żona Piłasiewicza, Zofia z domu Moroz. Mieszkała wraz z mężem (o ile ten nie siedział w więzieniu lub nie ukrywał się po ucieczce z niego) przy ul. Piłsudskiego nr 45, prowadząc zakonspirowaną melinę. Tutaj spotykali się członkowie szajki przed każdym skokiem, pieczołowicie przygotowanym przez energiczną gospodynię. W ciągu miesiąca Zofia Moroz potrafiła wystawić mężowi i jego pomagierom nawet kilkanaście mieszkań.
  W zbieraniu informacji nadobna Zosieńka wyręczała się często obrotnymi chłopaczkami z sąsiedztwa, a nawet znajomymi prostytutkami . Swoją gromadkę pomocników trzymała silną ręką. Kiedy jedna z ulicznic została podejrzana o sprzedanie Jana Piłasiewicza glinom, rozsierdzona połowica pobiła ją brutalnie, strasząc jeszcze czymś gorszym. Na początku 1938 r. odbył się głośny proces bandy lipkarzy.
  Prowodyr otrzymał łączną karę siedmiu lat i sześciu miesięcy pobytu w domu naprawy. Jego żona Zofia dostała pół roku w zawieszeniu na dwa lata. Z braku pomocnej, męskiej ręki sama zajęła się kradzieżami. Ale wszystko na co ją było stać, to wyrywanie torebek z rąk samotnych kobiet. Latem 1939 r. została za to zatrzymana w Zwierzyńcu i trafiła do aresztu.
  Pomagiera w spódnicy miał także włamywacz recydywista Karol Gorbik. Jego szajka działała na przełomie lat 20. i 30. Gorbik wciągnął do niej siostrę Tereskę. Ta rezolutna panna stała się szybko okiem i uchem szajki. Obserwowała głównie klientów sklepów jubilerskich i futrzarskich, ustalała ich adres, no a potem braciszek ze swoją kompanią w odpowiednim momencie, składał białostockim mieszczuchom niezapowiedzianą wizytę.
  W 1928 r. kosztowało go to dwa lata więzienia. Gorbikówna wywinęła się wówczas bez szwanku, wpadła dopiero w 1934 r. i to nie w Białymstoku, ale w stolicy. Brat, który po opuszczeniu celi w szarym domu przy Szosie Baranowickiej, powrócił do złodziejskiego procederu, wysyłał ją ze zdobytym łupem do Warszawy. Miał tam solidnego pasera. Panna Teresa wpadła jednak na warszawskim dworcu w policyjny kocioł i została odstawiona pod eskortą członków szajki z kochanym braciszkiem na czele. Ten dostał na rozprawie cztery lata, siostrzyczka trafiła za kratki na rok.
  Znaczną wyrękę ze strony rodzinki miał również Jankiel Rozengarten, znany w Chanajkach pod przezwiskiem Jankieczkie. Był to niewątpliwie jeden z królów przedwojennego, białostockiego podziemia. Złodziej, oszust, paser, a zwłaszcza sutener trząsł dzielnicą i miał duże wpływy w całym mieście.
  W prowadzeniu interesu pomagała mu żona Rachela, syn Połtier i córka Tauba. Szczególnie wyróżniała się młodziutka Tauba, która wspierała słynnego tatuńcia w prowadzeniu nielegalnego domu schadzek. Werbowała odpowiedni personel, zajmowała się finansami, naganiała klientów.
  Po śmierci ojca, który w 1933 r. zginął w bójce na noże ze swoim szwagrem Szmulem Gornfinkielem, Tauba Szulc z domu Rozengarten przejęła całe rajfurskie przedsiębiorstwo. Niemal od razu inkasowała pierwszy wyrok - rok więzienia. Tyle przewidywał 209 artykuł kodeksu karnego za czerpanie zysków z nierządu. A później co i rusz trafiała Tauba do aresztu.

Włodzimierz Jarmolik

poniedziałek, 12 lutego 2018

Podpalacz ,szofer za pan brat

 

    W drugiej połowie lat trzydziestych, kiedy rozwój motoryzacji w Polsce był coraz większy, na drogach i szosach kraju dochodziło także do licznych wypadków samochodowych. Dla poszkodowanych właścicieli i pasażerów aut powodowało to różne skutki. Niekiedy okazywało się, że nie zawsze są one korzystne.
  Przekonał się o tym Hersz Zelkowicz, prowadzący w Białymstoku firmę spedycyjną "Autostrada". Wiosną 1936 r. jedna z ciężarówek Zelkowicza wioząca towar do Lublina po drodze wpadła w poślizg. Skutkiem była wywrotka i gwałtowny pożar wozu. Ładunek szlag trafił, ale kierowca Rzepka jakoś ocalał.
  Nieszczęśliwy wypadek dał Zelkowiczowi do myślenia. Ciężarówka i przewożone przez nią towary były zasekurowane w białostockim towarzystwie ubezpieczeniowym, straty Zelkowicza zostały więc pokryte z nawiązką.
  Ładna sumka za wysłużonego wraka zrobiła na przedsiębiorcy wrażenie, zaczął kombinować, jakby tu jeszcze raz nie skorzystać z okazji. Szybko pojawił się w jego głowie plan. Najpierw, doświadczony już ognistym karambolem szofer Rzepka otrzymał zadanie znalezienie i nabycie jakiegoś przeznaczonego na złom ciężarowego rzęcha. To kosztowało grosze. Później nieco zabiegów kosmetycznych sprawiło, że nabytek ów zyskał znośny wygląd, a nawet, o dziwo, powoli, ale jeździł. Wtedy Zelkowicz zarejestrował ciężarówkę na podstawionego człowieka. Oczywiście nie obyło się przy tym bez łapówki. Teraz nastąpiło wysokie ubezpieczenie wozu. Szef "Autostrady" dokonał tego w towarzystwie asekuracyjnym w Wilnie, w którym nie był jeszcze znany.
  Zgodnie z podpisaną polisą, w razie nieszczęśliwego wypadku drogowego właściciel ciężarówki otrzymać miał aż 24 tysiące złotych. Suma była wręcz oszałamiająca. Teraz należało zrealizować drugą część hochsztaplerskiego projektu - znaleźć klienta, który zgodziłby się na stratę towaru w czasie transportu. Wybór Zelkowicza padł na wytwórnię wyrobów gumowych "Jagielski - Windenbaum i spółka". Świeżo upieczony aferzysta miał już z nimi do czynienia i wiedział, że nie są oni zbyt drobiazgowi, co do formalnej strony swoich interesów i przestrzegania prawa. Jagielskiemu i Windenbaumowi spodobał się pomysł wyłudzenia wysokiej asekuracji. Szybko ubezpieczyli na 10 tysięcy zł transport dętek kierowany do Lubartowa i przygotowali do drogi 20 skrzyń z gumowymi odpadkami.
  Na początku sierpnia 1936 r. ciężarówka Zelkowicza z kierowcą Rzepką wyruszyła w trasę. Ten ostatni otrzymał od pryncypała 100 zł i dokładne instrukcje. Od ich właściwego wypełnienia zależało, czy po powrocie do Białegostoku trafi w jego ręce dalsze 400 zł. Wszystko udało się nadzwyczaj. Tuż pod Lubartowem Rzepka oblał silnik samochodowy benzyną i podpalił. Ogień szybko strawił cały pojazd wraz z lipną zawartością. Policja lubartowska stwierdziła, że był to nieszczęśliwy wypadek. Wileńskie towarzystwo asekuracyjne musiało, acz niechętnie, wypłacić znaczne pieniądze. Zelkowicz triumfował i od razu zaczął przygotowywać kolejny kant.
  Znalazł się jednak człowiek, który odkrył ten proceder. Był to Jan Stankiewicz, urzędnik białostockiej komendy Wojewódzkiej Policji Państwowej, któremu podlegały sprawy ubezpieczeniowe. Ale zamiast zdekonspirować hochsztaplera, zaproponował mu spółkę. Za 50 proc. zysku obiecał zachachmęcić w papierach każdy następny, płonący wypadek, aby firma Zelkowicza pozostała poza wszelkimi podejrzeniami. Ten nie namyślał się długo, przystał na propozycję pazernego policjanta.
  Spółka Zelkowicz-Stankiewicz rozpoczęła owocną działalność. Ciężarówki z białostocką rejestracją płonęły pod Zambrowem, Łodzią, Katowicami. Za każdym razem sprawę wypadku brał w swoje ręce Stankiewicz. Kontaktował się z posterunkiem policji i swoimi służbowymi możliwościami uzyskiwał korzystne dla oszustów opinie o przyczynach zniszczonego samochodu i ładunku.
  Hochsztaplerka ta trwała długo. W końcu sprawa się rypła. Wiosną 1939 r. Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Zelkowicza na 4 lata więzienia. Jego umundurowany wspólnik dostał tylko o pół roku mniej.


Włodzimierz Jarmolik

sobota, 10 lutego 2018

Wybitnie niepoprawny złodziej z ulicy Stołecznej

 
   
    Zimą 1922 r. jeden z potentatów  branży płatnej miłości  z ul. Stołecznej wydawał córkę za mąż, uroczystość weselna odbyła się w okazałym lokalu tanecznym w centrum miasta. Zjawiło się na niej blisko 150 prostytutek, alfonsów, kieszonkowców i innych chojraków z całej szemranej dzielnicy.
  Wśród gości weselnych znalazł się oczywiście również Jankiel Geller, stały mieszkaniec ul. Stołecznej 9. Był to wybitnie uzdolniony złodziejaszek, który swoją przestępczą karierę rozpoczął w wieku 14 lat i szybko wyrósł na asa mieszkaniowych i sklepowych skoków. Praktykę przeplatał z wiedzą teoretyczną, nabywaną od starszych klawiszników podczas pierwszych, więziennych odsiadek. Z biegiem czasu zaczęły interesować go głównie kusze (łupy) złożone ze złotych monet, biżuterii oraz drogich zegarków. W zaułkach Chanajek dorównywał powoli takim mistrzom, jak Szmul Gorfinkiel z ul. Orlańskiej czy Abram Azji z ul. Krakowskiej, a byli to nie lada mistrzowie w tym złodziejskim fachu.
  W maju 1927 r. dokonane zostało zuchwałe włamanie do mieszkania Chaima Szpiro przy ul. Kupieckiej. Sprawcy dobrze wybrali swoją ofiarę. Ów handlarz żelaznym towarem znany był z częstych odwiedzin w składach jubilerskich. Pewnej majowej nocy cały złoty skarb pana Szpiro zniknął. Policja przeprowadziła rewizję i tymczasowo zatrzymała znanych w mieście specjalistów od łomu i wytrychów. Znalazł się wśród nich również Janiekl Geller. Był wszak w kartotece Ekspozytury Urzędu Śledczego wysoko notowanym klawisznikiem i do tego specem od złotych precjozów. Zabrakło jednak przekonywujących dowodów.
  Zanim jednak złodziej ze Stołecznej opuścił areszt, spotkał go szkaradny pech. Razem z nim w celi przebywał m. in. Jan Bakun, również zatrzymany w związku ze skokiem na Kupieckiej. Ten przyznał się w zaufaniu Gellerowi, którego uważał za mistrza, że ma zaszyte w marynarce złote dwudziestodolarówki. Policja nie wpadła na ich trop. Geller, wysłuchawszy tych zwierzeń, postanowił uwolnić goja Bokuna od jego okrycia wraz z cenną zawartością. Niestety dał się przy tym złapać na tej czynności. Kradzież marynarek to nie było niestety jego emploi, jak mówią Francuzi. Dlatego pozostał za kratkami jeszcze przez cztery niepotrzebne miesiące.
  Przez następne lata różnie układały się losy Jankiela Gellera z ul. Stołecznej. Bywał na wozie, ale zdarzyło się mu też z niego spadać. W 1936 r. wybrał się na gościnne występy na kresy Rzeczypospolitej. Dotarł do Słonimia. Tutaj, w małym zakładzie jubilerskim trafił na duży łup. Był i złoty zegarek z masywną bransoletą, dwa pierścionki z kamykami, kilka broszek i wisiorków. Z tym wszystkim wrócił do Białegostoku i zamelinował zdobycz w domu. Jednak policja kryminalna, która miała stale gwiazdę stołecznych (nie mylić ze stolicą) włamywaczy na oku, przeprowadziła u niego kolejną rewizję. Trafione w Słonimie fanty znalazły się w sejfie Wydziału Śledczego przy ul. Warszawskiej, zaś Jankiel ponownie trafił do więzienia, tym razem na dwa lata.
  Po wyjściu na wolność postanowił, ze względu na swoją wątpliwą popularność, mniej udzielać się osobiście. Znalazł w sąsiednich domach kilku sprytnych chłopaczków, przeszkolił i zaczął posyłać na przygotowane przez siebie roboty. Trwało to jednak niedługo.
    W czerwcu 1939 r. dwóch wyrostków - Jankiel Lik ze Stołecznej 9 i Abram Klaczko z domku tuż obok - wpadło przy wynoszeniu z mieszkania Efroima Zyrbelblata przy ul. Polnej, starych zabytkowych lamp. Po krótkim przesłuchaniu przyznali się, że ich instruktorem i mentorem był Jankiel Geller. Klawisznikowi temu zabrakło więc nie tylko fartu, ale i chyba umiejętności pedagogicznych.

Włodzimierz Jarmolik