wtorek, 6 lutego 2018

Fachowcy z ul. Młynowej

 

    Cała przedwojenna Młynowa to blisko 80 numerów. Dla miejscowej policji ciekawe były szczególnie te z 20.  Tutaj bowiem gnieździli się najaktywniejsi w różnych występkach indywidua.        Przodowały dwa domy, pod numerem 24 i 28. Nic zatem dziwnego, że kiedy miała miejsce w mieście - a zwłaszcza w okolicach Chanajek - jakaś większa przewalanka, to tam właśnie kierowali swoje pierwsze kroki przodownicy z IV komisariatu czy agenci Ekspozytury Urzędu Śledczego.
  W latach dwudziestych królem wśród złodziei z ul. Młynowej był Chaim Szepes. Cieszył się dużym szacunkiem w swoim otoczeniu. Nic dziwnego, szlify włamywacza zdobył jeszcze za czasów cara Mikołaja II.
  Każdy młodziak startujący w przestępczej robocie chciał z nim pracować. Jednak Szepesa miała na oku także białostocka policja kryminalna. Kiedy latem 1922 roku wybierał się na rekonesans na ul. Polną, gdzie wcześniej przyuważył zamożne mieszkanie, zaraz na ulicy został zatrzymany. Policjanci znaleźli przy nim narzędzie do kłódek i zamków, a także pusty worek na przewidywane łupy. Po wyjściu z krótkotrwałego aresztu Chaim Szepes nie zamierzał spocząć na laurach.
  W sierpniu 1923 roku przyuważył na Rynku Kościuszki pod 7. nowootwarty skład manufaktury. Dobrał sobie do spółki Kalmana Zilberblata i Jakuba Machaja, no i razem pozbawili handlowca Juchniewicza towaru na 500 mln marek. EUS jednak nie próżnował. Złodzieje wpadli z częścią łupu. Szepes załapał znowu roczną odsiadkę.
   Kiedy wyszedł na wolność, postanowił na krótko zmienić klimat. Miał znajomych w Grodnie, którzy zaproponowali mu robotę u siebie. Na początku 1925 roku nasz Chaim z Młynowej znowu znalazł się w tarapatach. Nie udała mu się kradzież biżuterii w domu zamożnego grodzieńskiego fabrykanta. Kolejne półtora roku musiał spędzić w przepełnionej sali więzienia przy ulicy Baranowickiej. Kiedy jednak Szepes wyszedł tylko na wolność, mieszkania w Białymstoku znowu znalazły się w dużym niebezpieczeństwie.
  Przekonał się o tym osobiście doktor Emil Kew z ul. Jurowieckiej. Pewnego dnia, po powrocie do domu, nie znalazł swojego zegarka oraz złotego Krzyża Zasługi i innych odznak wojskowych. Wywiadowcy policyjni tradycyjnie udali się na ul. Młynową do Szepesa. Trafili dobrze.
  W latach 30. fachową pałeczkę po Chaimie Szepesie przejął Zawel Szuster (Młynowa 24). Dzielnie wspomagała go w złodziejskim procederze żona Chana. W zimowe dni i noce 1932 roku specjalnością Szustera stały się kradzieże drewna opałowego, węgla i nafty. Wychodził naprzeciw potrzebom mieszkańców Białegostoku. Towary te bowiem były wówczas usilnie poszukiwane. W końcu wpadł przy opróżnianiu składu Samuela Kapulskiego, mieszczącego się przy ul. Angielskiej. Do aresztu trafił też Rubin Lach z Młynowej 8, który zasponsorował złodzieja i przejął od niego ukradzioną naftę do dalszej, zyskownej dystrybucji.
  W czasie, kiedy mąż poszedł za kratki, Chana Szuster nie próżnowała. Założyła z Chaimen Winersztejnem spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, zajmującą się niby to skupowaniem niepotrzebnej i niezdatnej do użytku odzieży. Chodzili więc po mieszkaniach, przeprowadzali złodziejski wywiad, a później, w stosownym momencie dokonywali włamania.
  Wydział Śledczy przy ul. Warszawskiej co i raz otrzymywał zawiadomienia o takich przypadkach. Wytypowano potencjalnych sprawców i zaczęła się żmudna inwigilacja. Chana Szuster była wśród podejrzanych. Na ul. Młynowej pod 24. co i rusz pojawiali się policjanci. W końcu udało się złapać złodziejską parkę na gorącym uczynku. Nastąpiło to pod drzwiami mieszkania Judes Ladelskiej przy ul. Jurowieckiej 9. Chana ze wspólnikiem próbowała uciekać, rzucając policjantom w twarz gruby pęk wytrychów. Nie na wiele to się zdało. Wkrótce sąd podsumował ich niecną działalność, wymierzając stosowną karę.

Włodzimierz Jarmolik

niedziela, 4 lutego 2018

Złodzieje mieli sporo tupetu

  

   Dobry, przedwojenny złodziej musiał mieć sporo tupetu. Czy to był kasiarz, kieszonkowiec czy też pajęczarz, nawet schwytany na gorącym uczynku nie tracił zimnej krwi. Miał zawsze w zanadrzu jakieś alibi na swój niecny postępek.
  W ówczesnym Białymstoku szczególnym tupetem odznaczali się włamywacze. Oto np. w styczniu 1924 roku niejaka Liza Ajert, zamieszkała przy ul. Giełdowej, wybyła z miasta razem ze swoimi dziećmi na zimowe ferie.
  Tydzień później w domu tym pojawiło się trzech mężczyzn. Otworzyli oni jak najspokojniej wytrychem drzwi do mieszkania pani Ajertowej i zaczęli plądrować szafy, kredensy i biurka. To co zwróciło ich uwagę - nowa garderoba, srebrne zastawy i inne cenne przedmioty - pakowali do przyniesionych ze sobą worków.
  Wkrótce pod dom przy Giełdowej zajechały sanie zaprzężone w mocnego perszerona. Złodzieje wynieśli swój łup i pieczołowicie umieścili go na saniach. Sąsiad z przeciwka, który zaciekawił się ową ruchliwością na korytarzu, otrzymał odpowiedź, że jest to tylko zwykła przeprowadzka. Jeden z włamywaczy zaproponował mu nawet, aby pomógł w wynoszeniu mebli.
 Kiedy rodzina Ajertów wróciła z wakacji, była oczywiście ogromnie zaskoczona i zmartwiona stanem mieszkania. Policjantom z Ekspozytury Urzędu Śledczego nie udało się odnaleźć tupeciarzy z wytrychem.
 Również wiele okazji dla ujawnienia swojego tupetu mieli szopenfeldziarze, czyli złodzieje sklepowi. W pierwszej połowie lat 20. Białystok zaszczycał swoją obecnością Dawid Dąb rodem z Warszawy. Kiedy w końcu 1924 roku stanął on wreszcie przed sądem, akt oskarżenia liczył wiele stron. Było w nim opisane 142 pomysłowych kradzieży i oszustw dokonanych w Warszawie, jak też na terenie całego kraju, w tym również i w Białymstoku.
 Dawid Dąb miał w swoim repertuarze wiele rozmaitych sztuczek. Przede wszystkim lubił swój wygląd. Do każdej roboty przebierał się w inny strój, golił lub zapuszczał wąsy, doczepiał niekiedy sztuczną bródkę, zmieniał okulary w przeróżnych oprawkach. Właśnie między innymi dla tych przebieranek policja, w tym także białostocka, nie mogła połączyć go z różnymi, zuchwałymi kradzieżami na terenie całej Polski.
Kiedy Dąb miał już dosyć skoków na sklepy jubilerskie, gdzie zazwyczaj prezentował się jako zamożny ziemianin z kresów, poszukujący jakiegoś ładnego drobiazgu dla żony - przerzucił się na wyłudzenia towaru za pomocą sfałszowanych rachunków.
 Sposób wymyślił bardzo prosty i bezczelny. Najpierw wpłacał niewielki zadatek, a później zmieniał sumę na otrzymanym pokwitowaniu, po dodaniu symbolicznej kwoty stawał się np. posiadaczem pięciu garniturów, nowoczesnego radia czy luksusowego roweru. Oczywiście nie gromadził tego wszystkiego dla siebie, miał stałych paserów, którzy z ochotą przyjmowali przynoszone im fanty.
 Kiedy i te machinacje znudziły się szopenfeldziarzowi, wówczas zabawił się podbieraniem z lady sklepowej przedmiotów zamówionych i zapłaconych przez innych klientów. Proceder ten wymagał szczególnie dużo tupetu, ale Dąb, jak widać lubił się hazardować.
 Fartowna działalność pomysłowego złodzieja trwałaby zapewne jeszcze długo gdyby nie pracownik jednej firmy futrzarskiej, mającej swoją siedzibę w stolicy. Na początku 1924 roku Dąb pojawił się w sklepie i wybrał kilkanaście najlepszych gatunkowo skórek, prosząc o odesłanie ich na prywatny adres. Na miejscu miał uregulować należność.
 Kiedy woźny sklepowy dotarł na miejsce, spotkał na schodach niedawnego klienta swojej firmy. Ten wziął dostarczoną paczkę, jeszcze raz na klatce schodowej obejrzał skórki, po czym zwrócił je, twierdząc, że w sklepie oglądał zupełnie inne. Jakież było zdziwienie w magazynie futrzarskim, kiedy woźny zamiast cennych cybetów przyniósł jakieś wyleniałe króliki. Sprytny złodziej potrafił w sposób niezauważony podmienić towar.
 No i tutaj rozpoczyna się pech Dawida Dęba. Okpiony woźny poznał go na ulicy i wskazał policjantowi. Warszawski Sąd Okręgowy także się na nim poznał. Odsiadka miała trwać aż sześć lat.


Włodzimierz Jarmolik

sobota, 3 lutego 2018

Morowy Felek Zdankiewicz

 

  Stefan Perka był raczej miernym kieszonkowcem. Kradł głównie w autobusach. Często wpadał. Ostatni wyrok otrzymał wiosną 1939 roku. Z dumą pochwalił się ławie sędziowskiej, że jest uczniem samego Felka Zdankiewicza.
  Kim był Felek Zdankiewicz? To przedwojenny słynny bandzior warszawski. Choć jego popularność w przestępczym świecie przypadała głównie na czasy carskie, to jednak i w II Rzeczypospolitej był on dobrze znany, a to dzięki śpiewanym przez podwórkowych kataryniarzy balladom i piosenkom.
  Pod koniec XIX wieku Felek Zdankiewicz za swoje liczne występki, w tym dezercję z wojska, został skazany przez sąd carski na bezterminową katorgę.
  Po blisko 20 latach, tuż przed I wojną światową, udało się mu uciec z Syberii i po licznych perypetiach dotrzeć do Warszawy. Wrócił jako zamożny człowiek, bowiem dorobił się na Wschodzie na handlu futrami.
  Jedną z jego głównych myśli było wyrównanie rachunków z ekskochanką, która stała się po części sprawczynią jego syberyjskiego nieszczęścia. Ta tymczasem prowadziła w Warszawie dobrze prosperujący dom publiczny. Zdankiewicz zjawił się niespodziewanie w burdelu i, jak śpiewano później w balladzie o nim, krew zmazała dawną, podłą zdradę.
  Warszawscy stójkowi wkrótce znowu zainteresowali się Felkiem. Z jednej strony doszło do policji zawiadomienie o jego ucieczce z Sachalinu, z drugiej zaś głośną stała się jego wzmożona złodziejska działalność. Zdankiewicz znowu trafił do cyrkułu.
   W cyrkule okazał on jednak dobrze spreparowane, fałszywe dokumenty i po krótkim aresztowaniu naczelnik Pawiaka wypuścił bandytę na wolność.
  Morowy Felek Zdankiewicz próbował nawet zacząć nowe, uczciwe życie. Miał spory kapitalik, więc kupił dom na Mariensztacie, a także restauracyjkę na ul. Widok. Taka pomyślność oczywiście przyciągnęła zaraz kobiety. Pierwsze małżeństwo Felka nie było zbyt udane, a drugie jeszcze gorsze.
  Druga żona, piękna Jadzia, zakochała się w pewnym momencie w przystojnym fordanserze i zostawiła męża na lodzie. Kolejna zdrada bardzo mocno ugodziła Felka. Pozbył się kamienicy, zrezygnował z knajpki, a jedyną myślą jaką teraz żył, to dopaść umykającą przed nim wiarołomną małżonką. Gonił j po całej Polsce. Wyzuł się ze wszystkich pieniędzy. Kiedy powrócił do Warszawy, był całkiem zrujnowany. Znowu wrócił na drogę występku. Kradł, rabował, a nawet parał się mokrą robotą.
 
Niebawem za morderstwo dokonane za zamożnej handlarce Felek Zdankiewicz znowu trafił za kratki. Było to już w wolnej Rzeczypospolitej, nie groził mu więc już Sybir, lecz tylko ciasna i wilgotna cela na Świętym Krzyżu w zakładzie karnym dla wyjątkowo groźnych oprychów.
  W więzieniu Felek też cieszył się dużym mirem. Cóż z tego, kiedy coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Na wolność wyszedł już jako całkowity starzec. W Warszawie nikt na niego nie czekał. Nie miał już dawnych kumpli, ani żadnego majątku. Sypiał więc w przytułkach, zarabiał zaś na jedzenie opowieściami o swojej bogatej przeszłości.
  W pewnym momencie zabrał się do edukowania młodych uliczników w trudnej sztuce kradzieży kieszonkowych. Jego wychowankowie po usamodzielnieniu się szybko jednak zapominali o swoim sędziwym nauczycielu.
  Jak pisze w swoich wspomnieniach Henryk Lange, komisarz warszawski policji, pewnego razu Zdankiewicz przyszedł oburzony do komisariatu ze skargą na swoich uczniów: "Przeklęte koniki, ukradli mi laskę i kapelusz". Felek Zdankiewicz zmarł w przytułku dla starców.
  Wróćmy jeszcze do białostoczanina Stefana Perki, który podawał się za ucznia Feliksa Zdankiewicza. Sąd Okręgowy wlepił mu dwa lata więzienia. Jak na mało fartownego doliniarza, był to wyrok całkiem spory. Zresztą pod koniec lat 30. sędziowie srożyli się bardzo. Może gdyby Perka nie chełpił się głośno swoim warszawskim mentorem, kara byłaby mniejsza.

Włodzimierz Jarmolik