piątek, 15 września 2017
Shoping po białostocku
Szła jesień 1935 r. Co przezorniejsi już dawno obszyli się w jesionki, zimowe pelisy i nieodzowne przy tych kreacjach wełniane czapki i szaliki. Ale na zapominalskich czekały promocje. Na Lipowej tuż przy Rynku, pod dwójką, miała sklep z wełną i włóczką niejaka Kapłanowa.
Pewnego listopadowego dnia wywiesiła ona na swoim sklepie ogłoszenie, które wprawiło białostoczan w zdumienie. Wypisała bowiem, że "przy kupnie pokazuje wszystkie gatunki bezpłatnie".
Miejscowi dowcipnisie podchwycili wnet tę myśl zapytując, czy przed tą promocją Kapłanowa kazała płacić za oglądanie towaru. Jeśli tak, to "słuchajcie, słuchajcie. Wielka okazja w sklepie p. Kapłanowej!"
Równie ekscytujący w nowoczesnym podejściu do handlu był Adolf Krauze. Prowadził on Zakład Elektro-Mechaniczny przy Kilińskiego 6, w budynku stojącym w podwórzu za pałacykiem gościnnym. Otóż tenże Krauze w listopadzie 1935 r. wprowadził do Białegostoku światowo brzmiący "shoping". Zdziwionym mieszkańcom tłumaczył, że "wielkie magazyny New Yorku wyznaczają pewne godziny trzy razy w tygodniu na tak zwany shoping - na zwiedzanie i oglądanie towarów bez obowiązku kupna". W tych to godzinach sprzedaż była wstrzymywana, a ekspedienci tylko pokazywali i demonstrowali towar zdejmowany z półek.
Nic Krauze nie wspominał o stoiskach monopolowych. Czy tam też wprowadzano nowoczesne metody promocji? Sam sprzedawał radioodbiorniki. Na inaugurację białostockiego shopingu sprowadził partię najnowszych modeli aparatów Telefunkena - Ambasador i Specjal. U Krauzego hasłem reklamowym było "Radjonabywcy! W imię własnego interesu powinniście wypróbować szereg aparatów". No i interes się kręcił.
Na jeszcze lepszy pomysł wpadł Izrael Fajgin. Na upalne lato 1936 r. wyszykował lodonośny samochód anonsowany też jako "Lodo-car". Wziął Fajgin półciężarówkę Berliet. Na platformie urządził coś w rodzaju budki z lodami. Miała kolorowe szyby i umieszczony po obu stronach napis:"Lody maszynowe i napoje chłodzące". Zamysłem Fajgina, oprócz krążenia po centrum miasta, było dostarczanie "słodkich, a chłodzących specjałów" na plaże w Jurowcach i na Dojlidach, do Zwierzyńca i do popularnych podmiejskich letnisk. Białostoczanie z miejsca zaakceptowali ten sposób sprzedaży. Szczególną popularnością cieszyły się "prasowane lody w opakowaniu papierowym".
Pojawienie się tego kolorowego samochodu na ulicach Białegostoku wzbudzało "zrozumiałą sensację i skupiało dookoła siebie chmary gapowiczów". Zawistnie na taką konkurencję na kółkach patrzyli właściciele sklepów. A było o co się bić. Jak obliczono, mieszkańcy Białegostoku w upalne dni wypijali 4 tysiące litrów rozmaitych napoi chłodzących i zjadali 2 tysiące porcji lodów.
Ale prawdziwa sensacja w marketingu dopiero miała nadejść. Wiosną 1936 r. Białystok obiegła wiadomość, że "wkrótce ma powstać magazyn typu tzw. a prix uniques". Niezorientowanym w światowych trendach tłumaczono, że w sklepach takowych wszystkie towary są "po cenie jednolitej". Czyli to, co i dziś, takie "wszystko po 5 zł". Ale 75 lat temu ta nowość szokowała białostoczan.
Pisano, że "system ten został rozwinięty do maximum w Ameryce, gdzie słynne Woolworth posiadają tysiące filii, w Anglii Max i Spencer, w Niemczech Ka-We-De, w Paryżu i na Riwierze". Ale pomimo tych światowych rekomendacji żywione były pewne obawy, że w Białymstoku "magazyn taki prawdopodobnie od razu zbankrutuje".
Andrzej Lechowski
środa, 13 września 2017
Pewnego razu na Piaskach
Nie ma wątpliwości, że przedwojenna i powojenna Mazowiecka, to były Piaski. No, może nie cała Mazowiecka, ale na pewno odcinek od ul. Wesołej po Sienny Rynek i Piękną, z przyległymi uliczkami. Oryginały rodziły się tu na kamieniu, wiele firm wspomina się do dziś, przetrwała pamięć o specyficznych zajęciach i zwyczajach.
Na posiłki do restauracji Cutra i do Staromiejskiej. Były tam i sale z wyszynkiem, raj dla spragnionych, ale nie moczymordów. Podpiwszych w rejonie rynku nie brakowało, potajemek także (przykładowy adres: róg Mazowieckiej i Sportowej, dawnej Malinowskiego), pijakami jednak gardzono, i ci o tym wiedzieli. A całkiem smacznie, tanio i ujutnie (przytulnie) można było zjeść także u pani Czołpińskiej na rogu Targowej, czyli przedwojennej Rabińskiej ("żywiło się tu pół Białegostoku"), lub "Pod kogutem" (flaczki i pyzy palce lizać).
Istnieje teoria, że pijaków było wówczas dlatego mniej, bo zakąszali obficie i dopiero w PRL zaczęło się z bidy picie pod trzęsące się nóżki (galaretkę), lub wymokłego śledzika, a luksusem od święta był inwalida, czyli tatar z jednym jajkiem.
Z kroniki szkolnej. Pora obiadowa nie przeszkadzała chłopakom w ulubionych grach, nade wszystko klipie i palancie. Jak zabrakło szmacianki, to i banierka (na ten przykład puszka po konserwie) mogła udawać piłkę. Budżet udawało się niekiedy podreperować przy odbijaniu monet od ściany, na szponki. Co grzeczniejsze dziewczątka grały w tym czasie w klasy, kukły cieszyły siusiumajtki.
Atrakcją, o której wspominano latami, była beczka strachu, montowana w rejonie obecnego Centralu , magik jeździł motorem (motocyklem) po ścianach tejże beczki. A propos żulików...jak zawiesili ją na płocie, ale nie ma o to urazu. "Żywe byli", dla swoich niegroźni, gorzej jak trafił się kawaler z innej dzielnicy. Na te odległe mówili z wyższością - za przeproszeniem - wysranki.
Dniem wyjątkowym w kalendarzach mieszkających na Piaskach był oczywiście czwartek. Na Sienny Rynek ciągnęły od rana tabory ze wsi spod białostockich i lud miejski. Konie ustawiono łbami do zamontowanych rur, a każdy z nich musiał mieć założony worek z obrokiem, by przeżuwał owies, a nie gryzł klientów. Ci zaś wybierali, marudzili, przekomarzali się, bo taki obowiązywał styl. O targach i świętojańskim jarmarku pisano wiele, więc tylko dodam z lat powojennych postać pana, niegroźnego hazardzisty, z walizką raczków (cukierków!) i waluciarzy z "Kurym" na czele. Największe transakcje dolarowe ponoć zawierano w szalecie stojącym na środku rynku, bo tu było najbezpieczniej, choć woniało.
Paniom z rejonu Mazowieckiej czas płynął na przyrządzaniu jadła (poznałem przepis na zupę dziadkowską, o paradoksie z szynką), doglądaniu kapusty kiszonej i ogórków, stojących w beczuszkach (antałkach) w piwniczce pod podłogą oraz wędlin zrobionych przez pana Czeszela, zawieszonych w miejscu suchym, ciemnawym, w miarę chłodnym i na tyle wysoko, by wolniej ich ubywało.
Prania trwały i po trzy dni, w balejach (baliach), z tarami. Magiel znajdował się blisko, bo przy Targowej, tam dokonywał się przegląd najnowszych wiadomości ze świata i zza ściany, czyli od sąsiadów. Im głośniej i częściej się kłócili, tym serwis był bogatszy.
Piaski miały też własną gręplarnię i wytwórnię oranżady, młyn Magnuszewskich, sporo sklepów, warsztatów, golibrodów, dwie szkoły, w tym sławetną nr 11 i nieco zapomnianą, powojenną nr 6. To zajdźmy jeszcze na posesję Sienny Rynek 7. Tu królowali Lucyna i Henryk Zalescy, którzy wzorowo dbali o porządek. W kamienicy (po wojnie czynszowej) od frontu na parterze mieścił się komis i dwa mieszkania, a pozostałe "apartamenty" znajdowały się na piętrze i poddaszu. Każde mieszkanie miało zlew żeliwny z wodą, a od 1955 r. już nie trzeba było biegać do wychodka. Do wyposażenia należały także: piece kaflowe - niektóre z dochówkami (nie mylić z duchówkami), płyty (kuchnie) - w części z okapami, balkony.
Był jeszcze dom drewniany, odgrodzony wysokim płotem od ul. Sportowej. Na wspólnym podwórzu leżał bruk, stały chlewiki i altana opleciona winoroślą, rosła dorodna jabłoń. Miło było popatrzeć, jak pod wieczór schodzili się tu sąsiedzi, by odzipnąć po trudach. Na fotelu pod jabłonką bujała się babcia Antonina. Wyglądała z daleka jak duża lalka, w czepeczku z koronkami na głowie, w trzewiczkach zapinanych na guziki. Zawsze pogodna, roześmiana. Któregoś dnia wyjawiła bardzo ważną tajemnicę: ty teraz nie zrozumiesz, ale zapamiętaj słonko, że trzeba tak żyć, by móc na starość się uśmiechać.
Adam Czesław Dobroński
wtorek, 12 września 2017
Szajka złodziei kolejowych
W lutym 1924 r. do sprawdzania towarów na stojących na torach składów pociągowych zabrał się kierownik komisariatu kolejowego, Franciszek Pierso. Doniesienia strażników były wprost porażające.
Ginęło wszystko. Bezczelność złodziei sięgała nawet takich chwytów, jak poczęstowanie kolejarza w mundurze drogim papierosem, zabawienie rozmową, podczas gdy wspólnicy wynosili z wagonów rozmaite skrzynie i paki, które wędrując z rąk do rąk trafiały na furkę i mknęły w bezpieczne miejsce.
Pierso zabrał się do śledztwa bardzo profesjonalnie. Obok okradzionego ostatnio składu towarowego pozostały na śniegu ślady stóp. Ciągnęły się one wzdłuż toru, aż do ulicy Grunwaldzkiej, a potem Pokornej. Idąc tym świeżym tropem, policjanci przepytywali napotkane osoby. Niektóre przypomniały sobie, że często spotykały, zawsze dość późną porą, wałęsających się jakby bez celu młodzieńców. Opisane ich sylwetki okazały się znane policyjnym agentom. Silna ekipa mundurowych i po cywilnemu udała się pod ustalone adresy, a to co odkryto w złodziejskich melinach przeszło najśmielsze oczekiwania.
I tak w chatynce braci Piotra i Józefa Święcickich przy Grunwaldzkiej znaleziono pół worka cukru i kilkadziesiąt kilogramów mięsa wołowego, pochodzącego z ostatniego skoku na torach.
Jeszcze bardziej udanie wypadła wizyta u Władysława Abramowicza na ul. Pokornej. W przemyślnej skrytce w piwnicy przeszukujący znaleźli dwie, nierozpieczętowane skrzynie z papierosami. Przy dalszym szukaniu znaleziono i inne łupy. Pary butów, pasy wojskowe, karabin francuski oraz rewolwer systemu "Buldog" (atrapa) do złudzenia przypominający prawdziwą broń. Na koniec, w niepozornej szafce odkryto 6 garniturów uszytych z kradzionego materiału. Młodzi złodziejaszkowie zostali aresztowani. Za innymi, ujawnionymi przy okazji złodziejami i paserami policja wszczęła intensywne poszukiwania.
Przy badaniu już w policyjnym areszcie doszło do ważnego ustalenia. Świadek Gellert, kierownik "Ogniska" kolejowego rozpoznał w Abramowiczu osobnika, który przed rokiem zastąpił mu drogę z rewolwerem w ręku. Było to o około 23. na Szosie Żółtkowskiej. Chciał zabrać portfel, w którym znajdowało się 10 milionów marek. Rabunkowi zapobiegł uzbrojony strażnik kolejowy, który przechodził w pobliżu.
6 maja 1924 r. w "Dzienniku Białostockim", w rubryce kryminalnej pojawiła się notatka pod dosyć długim tytułem "Szajka złodziei kolejowych przed sądem. Na sprawę stawiło się 11, a jeden zbiegł". Przypomniano w niej o wykryciu przez V komisariat PP grasujących uporczywie amatorów zawartości wagonowych składów, przez co skarb państwa tracił wiele miliardów marek. Orzekającym w tej sprawie był mecenas Sławiński. Złodzieje też nie byli bezbronni. W ich imieniu szukali przesłanek łagodzących tacy znani białostoccy adwokaci, jak: Gdański, Kaczorowski i Otto.
Sąd przesłuchał kilkunastu świadków. Starał się ustalić rozmiary winy poszczególnych oskarżonych. W końcu, po długiej naradzie orzekł, co następuje: Józef Święcicki, Aleksander Ostapczuk i Antoni Łukaszewicz - 1 rok więzienia i po 40 zł opłat sądowych. Pozostali od 8 do 1 miesiąca na więziennym wikcie. Dwóch uniewinnił. Tylko Piotr Święcicki, który uznał za niestosowne stawać przed wymiarem sprawiedliwości, uniknął, tymczasowo, kary. Rozesłano za nim listy gończe.
Trzeba przypomnieć, że w tym samym sławetnym roku 1924, policja odkryła "szczurów" kolejowych wśród samych kolejarzy. I znowu popisał się nieustępliwy, jeśli idzie o wizerunek prawa na dworcu, komendant Franciszek Pierso. Prowodyrzy szajki, bracia Jakubowscy, pracujący jako siła fizyczna przy ładowaniu towarów zostali ujęci.
Włodzimierz Jarmolik
Subskrybuj:
Posty (Atom)




