wtorek, 5 marca 2019

Sienkiewicza 15. Dom Jana Rumpelliego



   W   tym tygodniu pozostaniemy nadal na ul. Sienkiewicza, ale tym razem przeniesiemy się w przeszłość dzięki innemu zdjęciu Józefa Sołowiejczyka z 1897 r., które prezentuje dalszą część zachodniej pierzei ówczesnej ul. Mikołajewskiej, na odcinku od domu Markusa (Sienkiewicza 5) w stronę rzeki Białej.   Kłopot w tym, że sfotografowane miejsce na pierwszy rzut oka nie posiada jakiegoś charakterystycznego obiektu, który ułatwiłby jego identyfikację. Tym bardziej patrzący na zdjęcie nie ma możliwości precyzyjnego rozpoznania stanu własności albo przypisania widocznych budynków do adresów ustanowionych po 1919 r. 
 Ustalenie tych danych stało się możliwe dzięki dwóm informacjom. Po pierwsze, między pierwszym od lewej domem parterowym, a następnym piętrowym murowanym widzimy typową dla XIX w. parterową oficynę, mieszczącą w sobie bliżej nieokreślony punkt handlowo-usługowy.
  Nie ona jest tu jednak istotna, ale wisząca na jej ścianie tabliczka z nazwą ulicy (według rozporządzeń była to prostokątna metalowa plakietka, pomalowana na niebiesko i zawierająca nazwę wymalowaną białą farbą) wskazująca, że w tym miejscu znajduje się wylot ul. Sofijskiej na ul. Mikołajewską. Po drugie, pomocnym w rozpoznaniu miejsca widocznego na zdjęciu okazał się jeden z szyldów, wiszący na pierwszym od lewej domu i wskazujący, że mieścił się tu sklep towarów kolonialnych Pawła Powierzy. Te informacje stanowią klucz do dziejów widocznych tych budynków. Na pierwszym planie widoczny jest budynek stojący na nieruchomości przyporządkowanej przed 1939 r. do ul. Sienkiewicza 15.  Jego początki sięgają czasów Jana Klemensa Branickiego, który nadał ją 22 stycznia 1768 r. kowalowi Krzysztofowi Szaybie.
  Ze spisanego trzy lata później inwentarza Białegostoku dowiadujemy się, że Krzysztof miał żonę Mariannę oraz sześcioro dzieci: Jana, Adama, Mariana, Klemensa Juliannę i Annę. Mieszkali oni w drewnianym domku stojącym od strony ul. Wasilkowskiej, na zapleczu którego (posesja ciągnęła się aż do ul. Zielonej, tj. Zamenhofa) znajdował „się ogród w linię fruktowymi drzewami zasadzony, wokoło parkan z dylów z gałkami białymi” oraz kilka budynków gospodarczych, w tym kryta dachówką kuźnia.
  Po śmierci Krzysztofa spadkobiercą i właścicielem posesji został Klemens Szayba, odnotowany jeszcze w 1806 r. jako „urzędnik dworski”. W tym samym roku odsprzedał nieruchomość Janowi Rumpelli. Jan Rumpelli, syn Tomasza, przybył do Białymstoku po III rozbiorze Polski, gdy miasto stało się siedzibą władz departamentu białostockiego prowincji Prusy Nowowschodnie. Na miejscu był przed 1799 r., wówczas w pierwszej miejscowej gazecie „Neu-Ostpreu ss i- sches Intelligenz-Blatt zur nutzlichen Bequem lichkeit des Publici” reklamował się: „Uwiadomienie. Świeże kastany dostac można w Handlu Rompelly et Niessel w Białymstoku w Rynku subnro (pod numerem) 72. U tychże kupić lub naiąć można bryczkę dobrze opatrzoną z parą konmi”.
  Swoje przedsiębiorstwo prowadził przy Rynku, tam też mieszkał w 1799 r. Dopiero w 1806 r. nabył interesującą nas dziś nieruchomość, gdzie wzniósł murowany parterowy dom – ten sam, który widoczny jest na zdjęciu wykonanym w 1897 r. Dom Rumpelliego stał na pewno w 1810 r. 
  W 1825 r. on sam nie mieszkał już pod tym adresem, a dom dzierżawił inspektorowi Adolfowi Berendsowi, pracującemu w Zarządzie Lekarskim Obwodu Białostockiego. 
  Rumpelli szybko wrósł  w białostocką społeczność, w latach 1810 i 1818-1821 pełnił funkcję burmistrza. W 1812 r. po utworzeniu departamentu białostockiego pod rządami Napoleona był członkiem municypalności, a w jego domu odbywały się zebrania władz Białegostoku.
  Z  żoną Magdaleną doczekał się trzech synów i córki Anny, później żony Juliusza Hartycha. Magdalena zmarła w 1810 r. w połogu po urodzeniu nieżywego dziecka. Powtórnie w związek małżeński Rumpelli wstąpił w 1826 r. z wdową Barbarą Bajtelsbach z Wochanowskich. Jan Rumpelli zmarł zaledwie dwa lata później.
  Ponownie owdowiała Barbara wyszła wkrótce ponownie za mąż, tym razem za Marcina Skorupkę.  Barbara miała z pierwszego małżeństwa córkę Katarzynę, urodzoną w 1812 r., która po śmierci matki otrzymała w 1842 r. w spadku interesującą nas nieruchomość. Karolina była mężatką dwukrotnie, najpierw z niejakim Habitem, a później z Wiktorem Zatorskim, z którym doczekała się pięciorga dzieci. Wiktor zmarł w 1866 r., zaś Karolina w 1878 r. odsprzedała nieruchomość wraz z domem kupcowi Janowi Pietraszowi, który dekadę później, dokładnie 28 lutego 1888 r. wyzbył się jej za niebagatelną kwotę 18 tysięcy rubli kupcowi Lejzerowi i Chanie Gitli Kacom. 
  Tu historia „zazębia” się ze zdjęciem z 1897 r. – widoczny na nim dom na rogu ul. Mikołajewskiej i Sofijskiej należał w tym czasie do Kaców, co potwierdza wydana tego roku książka adresowa, odnotowująca sklep kolonialny Pawła Powierzy właśnie przy ul. Mikołajewskiej w domu Kaca. typrzy ul. Sienkiewicza 3 mieszkał adwokat Leon Gdański.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

niedziela, 3 marca 2019

W 1970 roku w całej Polsce obchodzono uroczyście 100 rocznicę urodzin Lenina

 

  W  Białymstoku Leninem bardziej zainteresowani byli mężczyźni. W turnieju  wiedzy o wodzu rewolucji wystartowało 4562 panów.  Panie wyraźnie mniej  gustowały w oryginalnej urodzie Ilicza, a i jego głębia intelektu też jakoś nie porażała. Mimo to Lenin znalazł w Białymstoku aż 3708 amatorek.   
  W 1969 roku Białystok mógł obchodzić 50 ro- cznicę wkroczenia do miasta wojsk polskich. Mógł, ale nie obchodził. Nic w tym dziwnego, skoro dzień 11 listopada też nie był żadnym świętem. Za to w listopadzie 1969 roku rozpoczęto ogólnokrajowe przygotowania do uczczenia 100 rocznicy urodzin Włodzimierza Lenina.
  Gazeta Białostocka informowała, że „zbliżająca się 100 rocznica urodzin Włodzimierza Lenina skłania do jeszcze lepszego poznania życia i myśli wodza Rewolucji. Możemy to uczynić sięgając do dzieł Lenina, poświęconych mu biografii, wspomnień jego bliskich i współpracowników, a także do współczesnej literatury społeczno-politycznej, której stronice przenikają idee Lenina”. 
  Temu wszystkiemu służyć miał ogólnopolski „Turniej wiedzy o Leninie”. Ciężar przeprowadzenia wojewódzkich eliminacji spoczął na Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej. Pisano, że jej dyrektor Stefan Asanowicz „z dużym zaangażowaniem [a miał inne wyjście?] przystąpił do popularyzacji turnieju. Biblioteka przygotowała spisy lektur i druki zgłoszeń do konkursu. Warunkiem startu było udokumentowanie przeczytania „przynajmniej trzech książek związanych z życiem i działalnością Lenina”. Zaplanowano, że w 1970 roku najpierw odbędą się w styczniu eliminacje środowiskowe.
  Równocześnie z nimi miały ruszyć powiatowe. W marcu zaplanowano eliminacje wojewódzkie, a wojewódzki finał rozegrany miał być w kwietniu. Dwaj najlepsi uczestnicy reprezentować mieli Białostocczyznę na turnieju centralnym w Warszawie. Ale nie samym czytaniem dzieł Ilicza można było wejść na wyższy poziom leninowskiej wiedzy. Biblioteka „w celu większego przybliżenia postaci Lenina do społeczeństwa Białostocczyzny” proponowała wycieczkę autokarową „Szlakiem Lenina – przez Warszawę, aż do Poronina”.  No i zaczęło się.
  Konsternację białostockiego światka kultury wzbudził aktor Teatru Dramatycznego, Henryk Dłużyński. W rozmowie z Gazetą Białostocką, przeprowadzoną z okazji przyznania mu tytułu Najpopularniejszego Aktora Białostocczyzny za 1969 rok, pojawił się, a jakże, leninowski wątek. Dłużyński rozpoczął go wywnętrzając się na temat sztuki radzieckiego dramaturga Radnowa – „Niespokojna starość”. Chyba nie przymuszony niczym aktor, plótł: „Grając w „Niespokojnej starości”, rozmawiam z nim [Leninem] co wieczór. Prowadzę rozmowę telefoniczną jak z żywym człowiekiem. W scenę tę angażuję się tak mocno, że niemal wierzę, iż naprawdę gdzieś w odległej słuchawce słucha mnie Lenin. Dzięki „Niespokojnej starości” wielki wódz rewolucji staje się dla mnie kimś bliskim, znajomym”.
  No cóż, dogłębne przeżycie białostockiego aktora, potwierdza jedynie prawdziwość dowiedzionego naukowo zjawiska, że Lenin wiecznie żywy. Nie poprzestając na tym Dłużyński brnął dalej. Mówił: „Chciałbym możliwie najbardziej przybliżyć postać Lenina.
  Z tą myślą przygotowałem program << Żyje wśród nas>>”. Zachwycona redakcja pointowała – „Wybierając się na nowy program artystyczny poznamy bliżej Lenina – człowieka”.  Wkrótce ofertę Dłużyń skiego przebili białostoccy harcerze, którzy przygotowali w marcu 1970 roku „piękny montaż słowno-muzyczny”, pod hura optymistycznym tytułem – „Lenin i teraz wśród żywych najżywszy”. Do znudzenia prezentowano różne leninowskie wystawy. Były i w muzeum i w tak zwanej sali łącznikowej związków zawodowych,  czyli w kinie Forum. W marcu odnotowano pierwszy sukces konkursowy. Otóż równolegle z eliminacjami do ogólnodostępnego konkursu trwał konkurs szkolny – „Śladami Lenina”. I oto okazało się, że klasa VII a z białostockiej szkoły podstawowej nr 12 zajęła pierwsze miejsce w kraju.  Leninowski temat nie był też obcy uczniom Technikum Elektrycznego, którzy zorganizowali seminarium „Lenin – polityk, przywódca, człowiek”. Jak odnotowano, „wypowiedzi dyskutantów były przeplatane wierszami i piosenkami o Leninie”. Chyba najdalej w umiłowaniu Lenina posunęło się I Liceum Ogólnokształcące. Urządziło bowiem Szkolne Muzeum Leninowskie. Jak informowano „w ciągu wielu tygodni żmudnej pracy, uczniowie wykonali wiele ciekawych eksponatów obrazujących życie i działalność Lenina”.
   Jako najlepsze wymieniano „wykonanie makiety domu, w którym Lenin mieszkał w Poroninie, szałasu, gdy ukrywał się pod Razliwiem i mauzoleum w Moskwie”. Nauczyciele też nie pozostawali w tyle. ZNP zorganizował stosowną konferencję. Na jej zakończenie zebrani obejrzeli film „Trzy wiosny Lenina”. Brzmiało to całkiem niewiarygodnie, że „po filmie wywiązała się ożywiona dyskusja”.
  Pedagodzy pracowali metodycznie, wobec tego Okręgowy Ośrodek Metodyczny w Białymstoku zorganizował konferencję dla nauczycieli. Miała ona na celu pomóc im w organizowaniu imprez szkolnych poświęconych Leninowi. Jako główny ideolog konferencyjny wystąpił Józef Kowalczyk z Filii UW z prelekcją „O leninowskiej formie kultury i oświaty”.  W duchu tych wytycznych z oryginalną próbą „uczłowieczenie” wodza rewolucji wystartowało Wojewódzkie Przeds  ięb iorstwo Imprez Artystycznych w Białymstoku. W sali widowiskowej Domu Rzemiosła przy ulicy Warszawskiej wystawiono spektakl estradowy „Ballada o Iliczu”. Czegóż w nim nie było – recytowano wiersze o Leninie, czytano wspomnienia, grano ulubioną przez Lenina Appa- sionatę Beethovena i fragmenty koncertu fortepianowego Piotra Czajkowskiego, a nawet śpiewano romanse Aleksandra Wertyńskiego. Wykonawców nie wymienię, aby zaoszczędzić im rumieńców.  Tymczasem ogólnopolski konkurs w połowie marca 1970 roku doszedł do półmetka.
  Jak podawano „w województwie białostockim zgłosiła się do eliminacji największa [w kraju] liczba uczestników. Około czterdziestu tysięcy mieszkańców Białostocczyzny czytało literaturę turniejową”. Podkreślano wysoki poziom wiedzy u startujących w konkursie. W samym Białymstoku przystąpiło do niego 8270 uczestników. Prowadzone były dokładne statystyki. I tak wiemy, że „literaturę turniejową czytało 1294 pracowników umysłowych i 301 robotników z różnych zakładów Białegostoku”. Przeprowadzono 64 eliminacje środowiskowe. W Białymstoku Leninem bardziej zainteresowani byli mężczyźni.
  Wystartowało w konkursie 4562 panów. Panie wyraźnie mniej gustowały w oryginalnej urodzie Ilicza, a i jego głębia intelektu też jakoś nie porażała. Mimo to Lenin znalazł w Białymstoku aż 3708 amatorek.  12 kwietnia 1970 roku w sali kina TPPR przy Rynku Kościuszki odbył się finał wojewódzki „Turnieju Wiedzy Włodzimierz Lenin”. Białostoc zanie wyszli z niego obronną ręką. Na szczęście zwyciężył mieszkaniec Gołdapi, a za nim znalazła się mieszkanka Suchowoli, a trzecie miejsce zajął suwałczanin. A w Białymstoku za przykładem całej Polski, oczywiście wbrew intencjom organizatorów leninowskiej pompy, śpiewano prześmiewcze kuplety: Dziś wszystkie kwiaty, wszystkie ptaki, wszystkie drzewa, Cała przyroda o Leninie dzisiaj śpiewa.
  A ty maszeruj, maszeruj, głośno krzycz: Niech żyje nam Wołodia Ilicz !” Był też kuplet damsko-męski, czyli:  Pewnego razu zapytała mnie dziewczyna, Czemu tak mało przypominasz mi Lenina” Był też i wzruszająco wspomnieniowy: Dziś w Poroninie żyje jeszcze baca, Co Leninowi zsiadłym mlekiem leczył kaca Ot i tyle pozostało z tamtej wielkiej rocznicy. 

Andrzej Lechowski
Dyrektor Muzeum Podlaskiego 


piątek, 1 marca 2019

Trzy wyroki śmierci

 

   W pierwszych latach niepodległości Białystok i okolice nękały stale bandy złożone z dezerterów i byłych, zdemoralizowanych żołnierzy. Rabusie w mundurach, uzbrojeni w wojskowe karabiny, rewolwery i granaty w biały dzień napadali na ulicznych przechodniów, rabowali mieszkania, przeprowadzali „rewizje” w sklepach i fabryczkach. Byli bardzo bezwzględni.
  Policja przez długi czas nie mogła sobie z nimi poradzić.  Dla obywateli nad Białką szczególnie dała się we znaki kilkunastoosobowa szajka, na której czele stał niespełna 20-letni Antoni Łukaszyński.
  Był on synem znanego jeszcze przed I wojną światową opryszka z Wygody, zastrzelonego za różne sprawki przez Niemców.
  W 1920 r. kiedy Białystok dostał się na krótko w ręce bolszewików – siedział akurat w więzieniu przy Szosie Baranowickiej. Dzierżyński wypuścił go na wolność, jako ofiarę „jaśniepańskiego bezprawia”.  Uwolniony bandzior natychmiast powrócił do uprawianego wcześniej procederu. Zorganizował nową bandę, w której wyróżniali się zwłaszcza starsi nieco od herszta –  Stanisław Dąbrowski i Józef Misiewicz.
  Do wiosny 1921 r. bandyci ci dokonali blisko 30 napadów rabunkowych, połączonych niekiedy z morderstwami. 
  Dopiero w kwietniu 1921 r., kiedy na czele policji białostockiej stanął Józef Kamala, dla przestępców nadeszły ciężkie czasy. Nowy komendant wypowiedział im bezpardonową walkę. W dzień i w nocy policja wraz z żandarmerią wojskową organizowała regularne obławy.
  Pod koniec kwietnia bandyci wracając z kolejnej roboty na szosie Białystok - Sokółka wpadli w zasadzkę. Doszło do strzelaniny. Choć sam Łukaszyński nie został schwytany, zginęło trzech  jego ludzi.  Widząc co się dzieje w Białymstoku Antoni Łukaszyński postanowił na jakiś
czas zmienić klimat. Wyjechał do Warszawy, gdzie miał kontakty wśród tamtejszych paserów. Zabrał ze sobą dwóch głównych pomagierów - Misiewicza i Dąbrowskiego. 
  Na początku 1922 r. trzech stołecznych posterunkowych odwiozło białostockich bandziorów do rodzinnego miasta. Mieli być tutaj sądzeni za swoje krwawe sprawki. Udało się im jednak uciec. Nie na długo. Wkrótce patrol złożony z żandarmów i wywiadowców z Ekspozytury Urzędu Śledczego natknął się na ul. Fabrycznej na podejrzanych osobników. Byli to Łukaszyński i Misiewicz. Rozpoczęła się gonitwa i strzelanina. Schwytani bandyci trafili do aresztu. 
  Na początku września 1922 r. przed Sądem Okręgowym przy ul. Warszawskiej 63 odbył się proces Antoniego Łukaszyńskiego i jego kompanów. Prowadzony był w charakterze doraźnym. Trybunałowi przewodniczył sędzia Nowiński, zaś kary śmierci dla głównych oskarżonych domagał się prokurator Zenon Grużewski. Swoje obowiązki z urzędu starali się wypełniać adwokaci – Cellarius i Cymels. 
  Na ławie oskarżonych szczególną uwagę zwracał Józef Misiewicz, sądzony już wcześniej trzykrotnie. Sprawozdawca sądowy pisał o nim w Dzienniku Białostockim: „mężczyzna średniego wzrostu, o twarzy ściągłej, sympatycznej, oczy wpadające w głąb tlą się gorączkowo”.
  Dalej było o Antonim Łukaszyńskim: „nie pociąga wyglądem, jest rosły, barczysty, trzyma głowę przekrzywioną i patrzy spode łba”. Z kolei trzeci, Stanisław Dąbrowski „ma minę człowieka rozżalonego, ma pretensje do całego świata”.  Wszyscy trzej, Antoni Łukaszyński, Józef Misiewicz i Stanisław Dąbrowski skazani zostali z art. 5 przepisów doraźnych do Kodeksu Karnego na karę śmierci. Ich wspólnicy zainkasowali niższe wyroki. Na procesie wyszło na jaw szczególne bestialstwo bandytów wobec swoich ofiar. Gwałcili kobiety, wbijali igły w paznokcie, przypalali zapałkami. 
  Na nic zdał się apel obrońcy Callariusa do Sądu o uczucie chrześcijańskiej litości dla sprawców. Bandyci trafili pod słupek.

Włodzimierz Jarmolik