środa, 10 października 2018
Ludzie dawnego Białegostoku: Teodor Zirkwitz
Parafią ewangelicką w Białymstoku zarządzało łącznie 9 duchownych. Chrystian Friedrich Heine (do 1810), Johann August Drepper (1821-1822), Friedrich Christoph Haupt (1826-1838), Theodor Kuntzel (1838-1866), Johannes Brink (1867-1875), Karl Keuchel (1876-1894), Teodor Liss (1897-1903), Teodor Zirkwitz (1903-1938) i Benno Kraeter (1938-1944). Z nich wszystkich, to właśnie Zirkwitz okazał się być najbardziej wyrazistą postacią, która zasługuje na upamiętnienie.
Pastor Teodor Zirkwitz był bez wątpienia lokalnym patriotą, osobą znaną z dobroczynności, a także był bardzo oddany swoim parafianom. Był niezwykle aktywnym pastorem, a oprócz tego był znany z silnego charakteru i nieustępliwości. Jak coś postanowił, to postanowił.
Urodził się w 1863 roku w okolicy Żyrardowa, jako syn pastora Rudolfa Zwirkitza. W 1891 roku skończył studia na Wydziale Teologiczny w Dorpacie (dzisiejsze Tartu w Estonii) i przez kilka następnych lat urzędował w kilku parafiach. Do Białegostoku trafił w 1903 roku i tutaj już urzędował przez następne 35 lat.
Zirkwitz od razu zakasał rękawy i wprowadził bardzo wiele ożywienia do tutejszej parafii. Już w pierwszym roku urzędowania udało mu się załatwić pozwolenie od władz rosyjskich na prowadzenie nabożeństw w języku niemieckim i polskim. Oprócz tego kilka miesięcy po swoim przybyciu zaczął działać na rzecz budowy nowego kościoła. Stary, wydawał mu się być już nieodpowiedni i „dziwnie mizernie odbijał się od pałaców i pięknych domów fabrykantów”. Budowa trwała parę lat i w lipcu 1912 roku w końcu nastąpiło otwarcie kościoła pw. Jana Chrzciciela, który do dziś stoi przy ulicy warszawskiej jako katolicki kościół pw. Świętego Wojciecha.
Pastor cały czas działał, lecz największe wyzwania i trudy przyniosła I wojna światowa. W 1915 roku setki tysięcy ludzi z naszego regionu udało się w bieżeństwo i nie inaczej było z ewangelikami, którzy dodatkowo byli dla Rosjan niepewnym elementem. Rosjanie często wysyłali kozaków by palili domy i zagrody, tak żeby zmusić mieszkańców do opuszczenia domostw i udania się na bieżeństwo w głąb Rosji, tak Kozacy chcieli spalić ukończony 3 lata wcześniej kościół. Przed spaleniem miała go uratować jedna z parafianek, który ubłagała kozaków, żeby tego nie robili.
Z około 5 tysięcy białostockich ewangelików w Białymstoku zostało około 900. Pastor Zirkwitz został tylko dlatego, że przyjaźnił się z księdzem Songajłem, który wyprosił u rosyjskiego gubernatora "ułaskawienie" dla Zirkwitza by ten mógł zostać.
Wojna zawsze sprawia, że żyje się biedniej, ciężej, a i więcej jest biedy i głodu. Pastor Zirkwitz starał się jak tylko mógł, by ulżyć swoim parafianom. Między innymi założył sierociniec, bibliotekę, kuchnię, która wydawała nawet 500 darmowych posiłków dziennie, oraz sklep dla parafian, w którym mogli zrobić zakupy za grosze. Pastor był wiceprezesem Komitetu Obywatelskiego (a prezesem był wymieniony wcześniej ksiądz Songajło), a niektóre, nie do końca pewne źródła mówią też o tym że został wybrany na burmistrza Białegostoku.
Po wojnie wśród parafian doszło do rozłamu, który rósł przez całe lata 20 i 30. Ci, którzy wrócili z bieżeństwa mieli Zirkwitzowi za złe, że ten został, zamiast udać się z nimi w tułaczkę i dzielić ich niedolę. Oprócz tego, parafianie podzielili się na propolskich i proniemieckich. Zirkwitz popierał odrodzenie się Polski, szerzył wśród parafian lojalność wobec polskiego rządu, włączał się w różne akcje polskich władz, organizował uroczystości odbywające się 3 maja i 11 listopada. W 1927 roku stworzył Towarzystwo Opieki nad Polskim Żołnierzem-Ewangelikiem, a dwa lata później otrzymał od prezydenta Polski Złoty Krzyż Zasługi.
W latach 30 do Białegostoku przybył wikariusz Benno Kraeter, który jako niemiecki nacjonalista skupił wokół siebie parafian, którzy byli w opozycji do Zirkwitza. Niestety, w 1938 roku Zirkwitz przeszedł na emeryturę, a Kraeter, który go zastąpił, okazał się być jego przeciwieństwem i mieć zupełnie inny charakter. Między innymi zaprzestał działalności charytatywnej. Po przejściu Zirkwitza na emeryturę Kraeter nie miał już konkurencji i wtedy to cała praca Zirkwitza, czy to charytatywna, czy to ta na rzecz dobrego sąsiedzkiego niemiecko-polskiego życia runęła w gruzach.
Pastor Teodor Zirkwitz zmarł zaś w Gdańsku-Wrzeszczu w 1943 roku.
Edward Horsztyński
wtorek, 9 października 2018
Sowieci i Niemcy - rabowali,torturowali,więzili ludzi
Pan Leonard już nie może się poruszać. Wiek i zadawnione rany przykuły go do łóżka. O trudnych latach wojennych opowiada żona Barbara.
– Ojciec męża, Wiktor Szydłowski, podoficer służył w 10 pułku ułanów. We wrześniu 1939 r., po wkroczeniu Sowietów rodzina opuściła Białystok i osiedliła się w Zofiówce koło Knyszyna, a następnie od lata 1940 r. przebywała w Grądach. Siostra teściowej była nauczycielką w tutejszej szkole i przygarnęła wszystkich. A było tam siedmioro dzieci. Wiktor Szydłowski zaangażował się w działalność podziemną.
Założył placówkę AK Knyszyn. Dołączyli do niego dwaj synowie: Gienek i Lolek. Lolek miał 14 lat i został zaprzysiężony przez ojca na łącznika. Był w oddziale partyzanckim „Soła”, od grudnia 1945 r. do końca 1946 r. w oddziałach partyzanckich Gabriela Oszczap ińskiego ps. „Dzięcioł” i Leona Suszyńskiego ps. „P-8” – pisze w biogramie Leonarda Szydłowskiego historyk Piotr Łapińs ki. Kazimierz Cimochowicz w książce „Był taki czas wspomina”, że Leonard Szydłowski ps. „Sokół” wsławił się w 1944 r. w czasie akcji „Burza” rozbrojeniem własowców i przetrzymywaniem ich do chwili nadejścia oddziału. Lolek znany był z niebywałego szczęścia – wychodził cało z niezliczonych opresji, m.in. w grudniu 1945 r. zbiegł pod ogniem km-ów grupy operacyjnej UB-KBW.
Niestety podczas kolejnej potyczki został ranny w nogę. Zaraz po wojnie gdzieś koło 15 października 1944 r. NKWD aresztowało ojca Leonarda, wrócił dopiero w 1947 r. Aresztowany został też brat Gienek. Zmarł w szpitalu więziennym. Lolek poszedł do lasu – wspomina pani Barbara.
Po wkroczeniu Armii Czerwonej kontynuował działalność konspiracyjną, jako goniec i łącznik komendy Obwodu AK. Za męstwo i odwagę rozkazem Delegata Sił Zbrojnych na Kraj z 1 czerwca 1945 r. został odznaczony Krzyżem Walecznych. W listopadzie 1946 r. został zdemobilizowany ze względu na stan zdrowia. Ujawnił się 19 kwietnia 1947 r. w Białymstoku – leżał wówczas chory w szpitalu.
Opuścił następnie teren Białostocczyzny i wyjechał do Legnicy, a później do Warszawy, gdzie zdołał bezpiecznie przetrwać do 1956 r. Ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki, pracował jako księgowy, zajmował się bilansami.
– Poznaliśmy się w 1955 r. w Niewodnicy Kościelnej. Siostra Lolka była moją koleżanką - opowiada pani Barbara. - Pewnego razu zaprosiła mnie do swego domu. Oni tam od niedawna mieszkali. Zaszłam i zastałam taki obrazek.
Młody mężczyzna moczył nogi w misce. Dookoła niego krzątały się mama i dwie siostry. Pomyślałam wtedy: takiemu to dobrze, tyle kobiet troszczy się o niego. Trudno powiedzieć, czy mi się podobał.
Miałam ledwie 20 lat, on był starszy o osiem lat, dojrzały kawaler. Bardziej byłam zafascynowana jego bohaterską przeszłością. Zaimponował mi, że był partyzantem, ponieważ wychowałam się w domu o wielkich tradycjach patriotycznych.
– Pobraliśmy się, bo Lolek miał szansę na własne mieszkanie. Jako samotny dostałby tylko pokój przy jakiejś rodzinie. Ślub cywilny odbył się w 1957 r. Bardzo skromny, bez moich rodziców – opowiada pani Barbara.
– Nie powiedziałam nic w domu, bo wiedziałam, że się nie zgodzą. Byli przeciwni, żebym wychodziła za mąż, miałam studiować. Pojechaliśmy do moich rodziców więc dopiero po ślubie.
Mama nic nie mówiła, tata był obrażony – uśmiecha się pani Barbara.
– Ale wesele i tak urządziliśmy, tak jak sobie wymarzyłam. 7 kwietnia 1958 r. na Wielkanoc w kościele w Niewodnicy Kościelnej w obecności około 100 gości uroczyście składali przysięgę małżeńską. Z tym, że ceremonia przebiegła w nietypowych okolicznościach.
– Lolek nie chodził do kościoła, uważał się za ateistę. Ksiądz był zgorszony, to po co ślub kościelny, ale on nie ustąpił. W rezultacie ślub wzięliśmy za specjalną zgodą biskupa. Mąż musiał podpisać zobowiązanie, że dzieci będą wychowywane w wierze katolickiej.
I tak było. Nasi synowie zostali ochrzczeni, chodzili na religię, przystąpili do bierzmowania. Lolek nigdy się nie sprzeciwiał.
Z czasem zmienił swoje poglądy i się nawrócił – uśmiecha się pani Barbara i pokazuje fotografię męża z Janem Pawłem II, którego bardzo cenił. – A teraz on twierdzi, że jest nawet lepszy katolik niż ja – dodaje.
Rodzina pani Barbary doznała również wiele złego w czasie wojny i potem od władzy komunistycznej.
Ojciec był inżynierem rolnikiem, po wojnie takich ludzi było bardzo mało. Od razu włączył się w organizowanie szkolnictwa rolniczego, został naczelnikiem wydziału.
Przy podstawówkach wówczas tworzono dwuletnie szkoły rolnicze dla młodzieży, która nieraz dopiero uczyła się pisać i czytać. Mama była absolwentką Wyższej Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego we Lwowie.
Została więc nauczycielką w szkole, którą zorganizował ojciec w Niewodnicy. Czasy jednak były takie, że podejrzewano ludzi o wszy- stko, więc i ojciec znalazł się na celowniku bezpieki. Nie był w wojsku, tylko w siatce cywilnej AK, dlatego nie mogli się do niego dobrać wprost, ani wsadzić do aresztu, tak jak teścia.
Ale i tak wyrzucono go z pracy, dostał wilczy bilet i przez jakiś czas nigdzie nie mógł znaleźć zatrudnienia. Potem, gdy wreszcie zaczął pracować, to doznawał jeszcze różnych szykan.
Tak go to dobiło, że w 1963 r. zmarł na zawał serca, miał ledwie 57 lat. Odczuwałam bardzo naszą trudną sytuację, miałam 10 lat, jak się skończyła wojna, wiele rozumiałam, dzieci wtedy szybko dorastały.
Przez wiele lat ojciec, jak jechał do pracy, to mama drżała ze strachu czy wróci. Zresztą to samo było i w moim domu – podkreśla.
– Przez wiele lat Lolek był wzywany przez ubeków, jeszcze w 1972 r. musiał się stawiać w SB. Lęk czułam aż do 1980 r. Na ich oczach rósł Białystok. Jak się zmieniał? O, proszę pani – ożywia się pani Barbara.
– Pamiętam jeszcze w 1948 r. Rynek Kościuszki to była jedna ruina, wielkie gruzy. Po wojnie w centrum cały ostał się tylko kościół farny. To była decyzja Stalina, które miasta zniszczyć całkowicie. Białystok, podobnie jak Warszawa, znalazł się na tej liście z zemsty za 1920 rok.
Kościołów nie niszczono, bo według komunistów miały się przydać jako magazyny albo miejsca do rozrywki. Sowieci nie byli lepsi od Niemców, tak samo bombardowali nasze miasta, rabowali, torturowali, więzili ludzi.
Potem pamiętam, jak budowano kino Pokój, ileż to było radości, w kinie Ton znajdował się teatr. Widziałam, jak powstawały nowe bloki przy Lipowej.
Szwagier teściowej był technikiem budowlanym i zbudował wiele budynków w centrum. Pani Barbara z sentymentem wspomina ich mieszkanie przy ul. Warszawskiej 72. Warszawska wtedy była parterowa. Domy, nieduże, drewniane z werandami.
Ogrody przechodziły w łąki, które ciągnęły się aż do Białki pełnej ryb. A mieszkanie? Cóż, kiepsko wykonane, bo nowe bloki stawiano byle szybciej. Ciekło z dachu, w kuchni źle była wykonana kanalizacja, więc w zimie woda zamarzała. Ale było własne, nikogo obcego z kwaterunku, jak to wówczas często się zdarzało. A te kiepskie warunki jakby na przekór zbliżały ludzi. Wszyscy się znali, dzieci razem się chowały. Wszyscy żyli jak w rodzinie. – A teraz od 40 lat mieszkamy przy ul. Kościelnej.
I tak przeszło nam życie. Nie wiadomo kiedy, to prawda. Było trudne, ale piękne – podkreśla.
Alicja Zielińska
Subskrybuj:
Posty (Atom)

