poniedziałek, 11 września 2017
Śmierć dorożkarza
Pijani przyjezdni na dworcu, aroganccy wojskowi, również pod gazem, wreszcie miejscowa żulia z przedmieść przyczyniali białostockim dorożkarzom dużo kłopotów i powodów do strachu o własne życie.
Osiemnastego maja 1933 r. dwóch chłopców od krów znalazło zwłoki mężczyzny w dorożkarskim uniformie. Leżały one w zaroślach na siódmym kilometrze szosy Białystok - Zabłudów, na poboczu drogi.
Na miejsce przybył naczelnik urzędu śledczego komisarz Łabiak, a wraz z nim ekipa doświadczonych wywiadowców. Policję od dawna niepokoił wzrost napadów na dorożkarzy. Tym razem ofiarą zamachu padł Abram Blumsztajn z ulicy Cygańskiej, a powoził dorożką o numerze 141. Zginął od uderzenia tępym narzędziem. W kieszeniach dorożkarskiego płaszcza znaleziono 5 zł, co wykluczało zabójstwo na tle rabunkowym.
Co zatem się stało? Koledzy widzieli Blumsztajna około drugiej w nocy przed dworcem. Podobno ktoś mu zaproponował jazdę za miasto, ale nie chciał zapłacić z góry. Chyba jednak udało się dojść do porozumienia. Inni dorożkarze zapamiętali, że o trzeciej Blumsztajn wiózł pasażera na tylnym siedzeniu. Policja podejrzewała, że klient nie miał pieniędzy i doszło do kłótni.
Nie była to pierwsza ofiara śmiertelna, i niestety nie ostatnia. W 1927 r. na szosie między Białymstokiem a Wysokim Stoczkiem znaleziono zwłoki 17-letniego dorożkarza. Następnego roku strzał w tył głowy pozbawił życia Chaima Krukowskiego. W obu przypadkach sprawców wykryto i skazano. Czego chcieli mordercy? Chyba nie pieniędzy, bo dorożkarzom w Białymstoku wiodło się kiepsko. Taki Blumsztajn całe życie jeździł na cudzych dorożkach. Dopiero na 5 lat przed tragiczną śmiercią kupił sobie własną. Mimo to żył bardzo nędznie. Miał na utrzymaniu żonę, pięcioro dzieci, no i oczywiście konie.
Do października 1923 r. białostoccy dorożkarze wyglądali jak przebierańcy. Każdy nosił odzież jaką chciał, albo raczej na jaką go było stać. Teraz władze miasta wydały polecenie, ażeby każdy dorożkarz miał obowiązkowo granatową liberię oraz okrągłą czapkę z ceraty, bo inaczej straci prawo jazdy. Jakby tego było mało, dorożki podlegały surowym przeglądom. Stanowiły przecież wizytówkę miasta. Sprawdzano oświetlenie, czystość, sprawność techniczną, a za najmniejsze uchybienia policja kropiła solidne mandaty.
"Dziennik Białostocki" z 1935 r. opisał następującą scenkę z realiów miejskiego życia ulicznego. W kierunku dworca podąża obładowany pakunkami jegomość. - Siadaj pan, podwiozę za 60 groszy - woła jadący obok dorożkarz. Facet nie reaguje, biegnie dalej, choć już ledwo dyszy. - Podwiozę za 30 groszy - prawie prosi dorożkarz. Znowu nic. W ten sposób dorożkarz dojechał na dworzec na pusto. A oto co przytrafiło się Mojżeszowi Pudryckiemu 9 stycznia 1936 r. Wiózł on z restauracji "Perskie Oko" mocno wstawionego sierżanta 42 pułku piechoty, Alojzego Malinowskiego. Kiedy dorożka dotarła na miejsce, pijany sierżant rzucił Pudryckiemu 50 groszy i wysiadł. Ten zaczął się domagać jeszcze 30 groszy. Malinowski tylko odburknął i poszedł w kierunku domu. Pudrycki ruszył za wojskowym z batem w ręku. No i nastąpiła kolejna tragedia. Trzy strzały pozbawiły życia dorożkarza.
Włodzimierz Jarmolik
niedziela, 10 września 2017
Deweloper fałszował pieniądze
Salomon Janielew, właściciel firmy budowlano-remontowej, lepiej był znany pod ksywą Rudy. Jego robotnicy budowali domki , klecili jakieś mury.Tymczasem on zajmował się fałszowaniem dolarów.
Sprawa się rypła w drugiej połowie 1924 r. Oto jeden z sezonowych murarzy, niejaki Berko Lew, o niezbyt imponującym przydomku "Koza", szperając w szopie Janielewa przy Częstochowskiej, trafił na skrytkę na dnie beczki, a w niej na paczkę 20-dolarowych banknotów. Radość była krótka. Pieniądze okazały się fałszywe. Mimo to "Koza" postanowił ze znalezionych dolarów skorzystać.
W melinie przy Cichej przegrał szybko kilka 20-dolarówek do kumpla po fachu Borucha Lichcera. Ten, świadom trefności wygranej, nie przejął się tym zbytnio. Puścił zdobytą walutę dalej. Pomagała mu w tym małżonka Liza. Również Judes Lew, żona Berka, obdarowana przez męża kupką zielonych puściła się w wir zakupów. Żeby było prędzej połowica "Kozy" dobrała sobie do towarzystwa Abrama Gorfinkiela, pokątnego handlarza staroci z Rynku Siennego.
Wraz z nim odwiedzała sklepiki i składy, zamawiając wszystko co wpadło jej w oko. Sam Berko Lew także nie próżnował. Odrzucił w kąt kielnię i młotek i zajął się beztroską degustacją alkoholi, wędrując od knajpy do knajpy po całych Chanajkach i okolicy.
Salomon Janielew, który szybko się zorientował w swojej stracie, odwiedził Kozę w domu i kategorycznie zażądał zwrotu dolarów. Wystraszony Berko Lew, chociaż bojąc się dintojry chanajkowskich rzezimieszków, uparcie twierdził, że nie ma już ani jednego banknotu. Część rozdał znajomym, a resztę po prostu spalił. Janielew nie bardzo w to wierzył, ale "Koza" szedł w zaparte. Przed dalszym ciągiem sporu pomiędzy "Rudym" a "Kozą" tego ostatniego uchroniła policja.
W styczniu 1925 r. bowiem, kierownik I komisariatu Jarnicki, a nieco później nieustraszony tropiciel przekręctw dolarowych na dworcu, Franciszek Pierso, trafili na ślad fałszerskiej afery. Idąc po nitce do kłębka, od ujawnionych podróbek dolarów do ich kolporterów, szybko przeprowadzili rewizję, konfiskaty i w końcu aresztowania. Pod klucz trafiły małżeństwa Lwów i Lichcerów, Abram Gorfinkiel, no i oczywiście, głoszący swoją niewinność , bardzo wzburzony Salomon Janielew. Śledztwo miało trwać jeszcze kilka miesięcy.
W październiku 1926 r. sąd okręgowy pod przewodnictwem sędziego R. Moszyńskiego i przy udziale prokuratora K. Wolisza rozpoczął pierwszą sesję w powyższej sprawie. Oskarżeni mieli odpowiadać z art. 427 i 430 kodeksu karnego za usiłowanie puszczenia w obieg fałszywych dolarów.
Obrony podjęli się z urzędu znani białostoccy adwokaci: Otto, Gruszkiewicz i Gdański. Ogłoszony wyrok był surowy. Berko Lew i Boruch Lichcer zarobili po 4 lata ciężkiego więzienia, Abram Gorfinkiel 2,5 roku, zaś Judes Lew, ona "Kozy" rok pobytu za kratkami.
I tylko główny twórca procederu z fałszowaniem dolarów "Rudy" Janielew został uniewinniony. Sąd uwierzył, że on sam padł ofiarą oszustów, którzy zapłacili mu podrobionymi pieniędzmi. Jak się wkrótce okaże, owa wiara zostanie mocno nadwyrężona, kiedy Salomon Janielew zasiądzie ponownie na ławie oskarżonych.
Włodzimierz Jarmolik
Subskrybuj:
Posty (Atom)


