piątek, 11 stycznia 2019

Zgodnie z artykułem 208 Kodeksu Karnego

 

    Początek tej historii to styczeń 1937 r., zaś finał jej nastąpił pod koniec  grudnia tegoż roku, w  Sądzie Okręgowym, mieszczącym się w gmachu przy ul. Mickiewicza 5. 
  Jeszcze latem 1936 r. przybyła do Białegostoku z Wilna via Suwałki niejaka Luba Zylberminc.
  Tak jak w poprzednich miejscach zamieszkania otworzyła niewielki salon kosmetyczny pod adresem – Sienkiewicza 28. Ze względu na kursujące stale po Sienkiewicza damy lekkich obyczajów,  ulica ta znajdowała się stale pod czujną obserwacją agentów policyjnych. 
  Salon „Łucja”, pod takim bowiem szyldem manikiurzystka Zylbermincowa oferowała swoje usługi, także zainteresował wkrótce stróżów miejskiej moralności. Policję zastanawiał fakt, dlaczego do salonu raczej damskiego wkraczają często wieczorową porą dobrze ubrani mężczyźni i przebywają tam dosyć długo. 
  Po kilku miesiącach dyskretnego przyglądania się lokalowi stało się jasne, że Luba Zylberminc zajmuje się nie tylko pielęgnacją paznokci klientów, lecz prowadzi także dla wtajemniczonych dom schadzek. Pewnej sierpniowej nocy, mając w ręku niezbite dowody, policja wkroczyła do mieszkania pani Luby.
  Na stole znalazła ślady wysta- wnej biesiady, zaś w łóżku figlującą parkę. Sprawą zajął się prokurator. W śledztwie okazało się, że Luba Zylberminc już wcześniej, w Suwałkach i Wilnie pracowała nie tylko pilniczkiem i nożyczkami. Kiedy tamtejsza policja wpadła na trop jej rajf urskiego procederu, zmieniła klimat na białostocki. 
  Nie stworzyła konkurencji ulicznym alfonsom i ich podopiec znym wystającym pod latarnią. Miała wyższe aspiracje. 
  Klientami salonu „Łucja” byli solidni ojcowie rodzin i przykładni mężowie, którzy szukali bardziej kulturalnego i dyskretnego towarzystwa. O adresie tym szybko dowiadywali się bawiący w Białymstoku handlowcy z innych miast, a także szukający rozrywki cudzoziemcy.
  U pani Luby mieli to wszystko. Swój personel Zylbermincowa rekrutowała zwłaszcza z fordanserek odwiedzających jej lokal.
  Były to ładne, czyste dziewczyny przyzwyczajone do męskiego towarzystwa. Przy odpowiedniej zachęcie godziły się bez większych oporów na udział w wesołej zabawie. Kończyła się ona zazwyczaj w łóżku, udostępnianym przez gościnną panią domu. Prócz tego, dla bardziej dostojnych obywateli miasta, pani Luba wyszukiwała młode dziewczyny w kawiarniach i restauracjach, kusząc je towarzystwem miłych panów, kolacyjką z kawiorem i szampanem, drogimi prezencikami. Oczywiście znajdowała chętne na takie imprezki.
  21 grudnia 1937 r. na pierwszym piętrze Sądu Okręgowego panował tłok. Na wokandzie znalazła się bowiem nagłośniona już w miejscowych gazetach sprawa kuplerskiej działalności Luby Zylberminc.
  Wszyscy liczyli na pikantne szczegóły i znane nazwiska. Przewodniczący trybunału sędzia Kieszczyński, na prośbę obu stron, utajnił jednak rozprawę. Niezadowolona publiczność musiała opuścić salę i korytarze sądowe. Przed Sądem zeznawać miało 23 świadków. Powołał ich prokurator Jaśkiewicz, jak też obrońca oskarżonej Bronisław Gruszkiewicz, znany adwokat białostocki. Sześciu świadków nie stawiło się. Ponieważ dwóch nie dostarczyło usprawiedliwienia, Wysoki Sąd wlepił im po 50 zł kary.
  Dokończenie rozprawy nastąpiło 29 grudnia. Tego dnia zapadł także wyrok.  Choć wpuszczona wreszcie do sali rozpraw publiczność przewidywała dla oskarżonej manikiurzystki trzy lata kratek, sędziowie zdecydowali inaczej. Zgodnie z art. 208 Kodeksu Karnego, za czerpanie korzyści z cudzego nierządu Luba Zylberminc została skazana na rok więzienia z zaliczeniem aresztu prewencyjnego. Sąd dopatrzył się okoliczności łagodzących. Może była to zasługa wpływowych klientów salonu „Łucja”. Do prasy nie przeciekły żadne nazwiska.

Włodzimierz Jarmolik

wtorek, 8 stycznia 2019

Białostoccy kolejarze walczyli o niepodległość

 

    Batalia o przejęcie białostockiego węzła kolejowego trwała długo. Od połowy grudnia 1918 roku w Łapach znajdowała się siedziba komisji, która miała przejmować od wycofujących się Niemców majątek kolei.
  13 lutego 1919 roku komisja specjalnym pociągiem przyjechała z Łap do Białegostoku. Dbając o jej bezpieczeństwo, pociąg ukryto na bocznej linii.
  Wiadomość o jej przybyciu rozeszła się jednak po mieście. Do pociągu zaczęli zgłaszać się masowo białostoccy kolejarze.  Opisując trzymiesięczne opóźnienie nadejścia białostockiej niepodległości, wspominałem o młodzieży i nauczycielach. Wymieniałem przedstawicieli niepodległościowego środowiska. Osobny, ale jakże ciekawy rozdział tej historii zapisali białostoccy kolejarze.
  To oczywiste, że kolej była strategicznym elementem, a Białystok w ostatniej ćwierci XIX wieku stał się jednym z ważniejszych węzłów kolejowych w tej części Europy. Tu krzyżowały się „drogi żelazne” z zachodu na wschód i z południowego wschodu na północ. 
  To była jedna z głównych przyczyn opóźnienia niepodległości. Rok po jej odzyskaniu w Dzienniku Białostockim ukazały się „Wspomnienia kolejarza”.
  To bardzo ciekawa relacja, w której przypomniano zapomnianego dziś zupełnie bohatera tamtych wydarzeń – Franciszka Wierzejskiego. Pisano o nim, że „w początku listopada ubiegłego roku [1918] kilku wybitniejszych naszych kolejarzy, w których gronie znajdował się naczelnik naszej stacji p. Franciszek Wierzejski, zorganizowali związek, celem odebrania od Niemców Warszawskiej Dyrekcji Kolejowej”.
   Po opanowaniu gmachu w Warszawie, Wierzejski „jako najbardziej
odważny i energiczny” objął pierwszy dyżur w kolejowej dyspozytorni. Dalej pisano, że „14 listopada p. Wierzejski jako przedstawiciel Warszawskiej Dyrekcji oddelegowany został do Białegostoku celem ewentualnego porozumienia się z Niemcami i nawiązania komunikacji kolejowej pomiędzy Białymstokiem i Łapami. Do porozumienia nie doszło, Niemcy nawiązać komunikacji nie chcieli i polecili p. Wierzejskiemu w ciągu 24 godzin pod karą aresztowania Białystok opuścić.
  Pan Wierzejski jednak dla dobra Ojczyzny i polskiego kolejnictwa z Białegostoku nie wyjechał. Ukrywając się przed Niemcami w warunkach bardzo trudnych zorganizował tajny związek kolejarzy i pozostawał w naszym mieście do czasu ustąpienia okupantów”.
   Opisywano, jak to 19 lutego 1919 roku Franciszek Wierzejski odegrał znaczącą rolę w przejmowaniu i ratowaniu stacji kolejowej „pod groźbą utraty życia”. Wspominano, że „sam był wszędzie i o ile mógł, ile sił mu starczyło starał się nie dopuścić do ostatecznej grabieży stacji”.
  Pisano, że „dzięki jemu wiele cennych rzeczy jak aparaty telefoniczne i telegraficzne, przybory sygnałowe, latarnie, druki i inne zostały przez Niemców pozostawione na miejscu”. W pół godziny po odejściu ostatniego pociągu z ewakuującymi się Niemcami Wierzejski wysłał pierwszy pociąg z Białegostoku do Łap.  W 1921 roku szczegółowo opisywano przebieg batalii o przejęcie białostockiego węzła kolejowego. Od połowy grudnia 1918 roku w Łapach miała swoją siedzibę komisja, która miała przejmować od wycofujących się Niemców majątek kolei. Na czele tej komisji stał pułkownik Stanisław Słupecki. Był doświadczonym oficerem, który ukończył Szkołę Inżynieryjną w Petersburgu.
  Zwolniony przez władze sowieckie w styczniu 1918 roku z rosyjskiej armii w grudniu tego roku wstąpił do wojska polskiego.  Do Łap przyjechał jako referent do spraw kolejowych przy Dywizji Litewsko – Białoruskiej. W lutym 1919 roku został mianowany dowódcą kolei litewskich, a od 1920 roku był szefem kolejnictwa I Armii. 
  Obok niego w komisji był inżynier Władysław Korzon, który pochodził z rodziny słynnego polskiego historyka Tadeusza Korzona. Urodził się w Mińsku Litewskim, a studia techniczne ukończył w Petersburgu. Gdy zmarł w 1929 roku, to w nekrologu pisano o jego pracy przy budowie rosyjskich kolei i działalności w „ukochanym przez siebie rodzinnym Mińsku Litewskim, gdzie jako radny położył wielkie zasługi nad rozwojem miasta i podniesieniem w nim kultury polskiej”.
  W komisji znaleźli się też Józef Maruszkin, który w okresie międzywojennym pracował w Wileńskiej Dyrekcji Kolei Państwowych i inżynier Wacław Michał Pawłowski. 
  13 lutego 1919 roku komisja specjalnym pociągiem przyjechała z Łap do Białegostoku. Dbając o jej bezpieczeństwo „pociąg ukryto na bocznej linii”. Wiadomość o jej przybyciu rozeszła się jednak po całym mieście. Do „ukrytego” pociągu zaczęli zgłaszać się masowo białostoccy kolejarze „ofiarowując swoją pracę Państwu Polskiemu”.
  Komisja prowadziła trudne rokowania z niemieckim dowództwem. Pisano, że „zgodnie z umową Niemcy winni byli przekazać Polakom wszystkie przedmioty niezbędne do podtrzymania ruchu kolejowego, jak zwrotnice, semafory, aparaty telefoniczne i telegraficzne itp. Inne natomiast przedmioty, jak maszyny i inwentarz, trzeba było od nich nabywać.
  Członek komisji inżynier  Korzon nabył tym sposobem cały szereg maszyn do warsztatów kolejowych za cenę bardzo niską. Podkreślić należy, że zakupy te mogły być uskutecznione tylko dzięki wydatnej pomocy społeczeństwa białostockiego”.  Uprzedzając koniec rokowań członkowie komisji postanowili zastosować taktykę faktów dokonanych. Pisano, że „komisja w nocy z 14 na 15 lutego udała się na linię Białystok – Wołkowyski tu obsadziła wszystkie stacje aż do Andrzejewa, mianując na poczekaniu z braku personelu fachowego zawiadowców stacji spośród maszynistów, nadkonduktorów itp. Następnie przejęto Czarną Wieś i Was ilków.
  W Czarnej Wsi ludność tłumnie wyległa, witając Komisję z księdzem na czele”. Jednak pomimo pobytu w Białymstoku komisji i komisarza rządowego, Niemcy zachowywali się tak, jakby toczące się rokowania ich nie dotyczyły.
  Pisano, że „pijane żołdactwo niemieckie wściekłe, że musi opuścić kraj okupowany, kradło inwentarz kolejowy, niszczyło urządzenia stacyjne, strzelając na wiwat do kolejarzy polskich i obrzucając tor i pociągi granatami ręcznymi. Nikt nie był pewny życia ani na chwilę”. 
   Szczególnie trudna sytuacja panowała na odcinku Białystok – Grajewo. Tędy jechały transporty niemieckich żołnierzy do Prus Wschodnich. Niemcy uważali, że to ich teren.
  W związku z tym „terroryzowali ludność okoliczną, a szczególną ansę czuli do przedstawiciela polskich władz kolejowych, który zawdzięczając tylko szczęśliwemu zbiegowi okoliczności uniknął śmierci”. 
  Przypadek ten miał miejsce na odcinku Starosielce – Knyszyn, gdzie Niemcy zburzyli łącznicę telefoniczną. „Ale stróż tamtejszy porwał aparat telefoniczny i ścigany przez Niemców ukrył się na cmentarzu między mogiłami. Tam nocą przyłączył skonfiskowany okupantom aparat do sieci i tym sposobem telefonicznie zawiadomił p. Maruszkina [że] w Knyszynie szaleje żołdactwo niemieckie”. Powiadomiony Maruszkin, który miał właśnie przyjechać do Knys zyna pozostał w Białymstoku, unikając tym samym niebezpieczeństwa.
  Opisywano też, jak ludność cywilna mieszkająca wzdłuż linii kolejowych starała się je chronić przed Niemcami. Pisano, że „kiedyś nocą przybył na stację Świsłocz pułkownik Słupecki, nie znalazł tam żywej duszy, prócz jakiegoś chłopa. – Co wy tu robicie? – zapytał pułkownik. – Pilnuję stacji. – Kto wam kazał ? – Kto miał kazać! Ja sam sobie kazałem”.  Znaczenie wydarzeń związanych z przejmowaniem kolei w Białymstoku było doniosłe.
  Pamiętano o tym w pierwszą rocznicę odzyskania niepodległości. 11 listopada 1919 roku uroczystości kolejarskie zdominowały inne wydarzenia. Zorganizowane zostały przez białostockie koło Związku Kolejarzy Polskich. Najpierw był pochód ze stacji do kościoła farnego. Po mszy z udziałem władz cywilnych i wojskowych, na Rynk u Kościuszki rozpoczęła się patriotyczna manifestacja. Z  balkonu kamienicy stojącej vis a vis kościoła, w której mieściła się  redakcja Dziennika Białostockiego przemawiali kolejarze, prezydent miasta oraz inni oficjele.
  Po południu „w domu przy ul. Żółtkowskiej nr 6 zgromadziły się dzieci kolejarzy w towarzystwie rodziców, setki kolejarzy z naczelnikiem Wierzejskim na czele i delegaci związków polskich na uro- czysty akt poświęcenia pierwszej szkoły kolejowej”. Tu też były stosowne przemówienia, których głównym motywem były „uczucia patriotyczne kolejarzy polskich”

Andrzej Lechowski
Dyrektor Muzeum Podlaskiego

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Ulica Mikołajewska, czyli Sienkiewicza



    Do tej pory omówiliśmy już znaczną część albumu „Widoki miasta Białegostoku”, zawierającego fotografie Józefa Sołowiejczyka, przedstawiające – zgodnie z tytułem – widoki różnych fragmentów miasta uwiecznionych latem 1897 r., tuż przed przyjazdem cara Mikołaja II do Białegostoku. 
  Jak już kilkakrotnie zauważyłem, prezentowały one ważne miejsca, pozytywne aspekty życia w mieście oraz najnowsze osiągnięcia władz miejskich, znajdujące się wzdłuż trasy przejazdu monarchy podczas pobytu w Białymstoku: od dworca kolejowego, przez ul. Nowoszosową (Dąbrowskiego), Lipową, Tykocką, Plac Bazarny oraz okolice dawnego pałacu Branickich, będącego wówczas siedzibą Instytutu Panien Szlacheckich. 
  Ostatnio omówiliśmy zdjęcie przedstawiające panoramę miasta z bramy pałacowej w kierunku ul. Aleksandrowskiej (dziś ul. Warszawska). Co charakterystyczne, tu kończą się fotografie tej części Białegostoku, po czym aż cztery kolejne karty przeznaczone zostały na zdjęcia przedstawiające fragmenty ówczesnej ul. Mikołajewskiej, czyli dzisiejszej ul. Sienkiewicza. To stara i bardzo ważna arteria miasta. Kluczową rolę komunikacyjną odgrywała już w najstarszym okresie istnienia dóbr białostockich, a od końca XVII w. miasta Białystok i stan ten nie zmienił się do dziś. 
   Analiza dawnych źródeł historycznych i kartograficznych pozwoliła na wniosek, że w XVI i XVII w. droga ta stanowiła przedłużenie dzisiejszej ul. Suraskiej, czyli traktu z miasta Suraż w kierunku granicy z Wielkim Księstwem Litewskim – przez Wasilków i Sokółkę do Grodna.
  W 1661 r. w przywileju dla miejscowego kościoła parafialnego król Jan Kazimierz pisał o gruncie leżącym obok drogi „publicznej która idzie od Suraża do Wasilkowa”. To właśnie po trakcie do Wasilkowa podróżowała w 1612 r. do Wilna Konstancja Habsb urżanka, żona Zygmunta III Wazy, witana przez dostojników litewskich w przygranicznym Wasilk owie. Stąd też dawniej ul. Sienkiewicza nazywano traktem wasilkowskim lub grodzieńs kim, zaś od XVIII w. ul. Wasilkowską.
  Dopiero na moc y represyjnej ustawy zarządu guberni grodzieńskiej z 1864 r. zdecydowano o zmianie nazwy na ul. Mikołajewską, która utrzymała się do 1919 r., gdy władze polskie nadały jej nazwę ul. Sienkiewicza. Od 1949 r. była to ul. 1 Maja, a od 1956 r. powrócono do ul. Sienkiewicza i nazwa ta funkcjonuje do dziś.
  W XVIII w. rangę ulicy podkreślał fakt, że była ona od dawna wybrukowana. Strona wschodnia, parzysta, została wytyczona w połowie XVIII w. i oddana w użytkowanie mieszczanom wyznań chrześcijańskich, w tym między innymi różnym rzemieślnikom dworskim oraz mieszczanom rolnikom (odstępstwem był dom wjezdny „pod znakiem Jelenia” należący do Manesa i Tauby).
  Na końcu ulicy znajdował się „most murowany wielki, o dwóch arkadach, na rzece, z gzymsami na wierzchu futrowanymi”, dalej zaś brama wasilkowska wyznaczająca kres miasta. Pierzeja zachodnia była znacznie starsza, została wytyczona bowiem zapewne pod koniec XVII w. w momencie lokacji przestrzennej Białegostoku, wytyczania siatki ulicznej oraz rozmierzania między nimi parcel miejskich.
  W 1771 r. spotykamy po tej stronie ulicy mieszaną własność chrześcijańską i żydowską, ustanowioną mocą nadań Jana Klemensa Branickiego m.in. w 1756, 1759, 1768 i 1770 r., chociaż część właścicieli nie miała dokumentów legitymujących ich prawa, co może wskazywać na dawność zasiedzenia.
  W XIX w. ul. WasilkowskaMikołajewska bardzo szybko stała się jedną z głównych arterii miejskich, wzdłuż której skupiały się coraz liczniejsze handel i rzemiosło oraz wczesny przemysł, a z czasem coraz więcej przedsiębiorstw usługowych. Łączyło się to ze zmianą stanu własności, w której większość posiadaczy była wyznania żydowskiego reprezentującego warstwę bogatego mieszczaństwa, inwestującego swoje kapitały zarówno w prowadzone przedsiębiorstwa, jak i nowe, murowane domy, które wraz z rozwojem miasta uzyskiwały coraz więcej kondygnacji.
  Ważnym elementem ul. Mikołajewskiej pod koniec XIX w. była linia tramwaju konnego, prowadząca z Placu Bazarnego do stacji kolei poleskiej (dziś ul. Traugutta), a także szerokie bulwary służące spacerom białostoczan, ciągnące się od mostu na rzece Białej w kierunku północnym.                 Zdjęcia Józefa Sołowiejc zyka wyraźnie ukazują zmieniający się stan ulicy, w którym stare drewniane domki ustępują już nowej piętrowej zabudowie. Zachowane zdjęcia z początków XX w. ukazują, że proces ten będzie postępował znacznie szybciej po 1897 r. i w jego rezultacie powstaną pierzeje zwartej, wielkomiejskiej zabudowy złożonej z typowych kamienic czynszowych.
   O  ul. Wasilkowskiej w połowie XIX w. pisał Edward Chłopicki w swoich „Notatkach z różnoczasowych podróży po kraju” (wyd. 1863 r.) dobrze oddając ówczesnego ducha ulicy, który w kolejnych dekadach ulegnie dalszemu rozwojowi: „ulice Bojary (tj. Warszawska – WW) i Wasilkowska, u wjazdu z Wasilkowa schodzące się z sobą pod kątem prostym, za dawnych czasów należały do podrzędniejszych, obecnie zaś, jako uosobicielki całego handlu i miejscowego rękodzielnego ruchu, stały się głównemi arterjami miasta.
   Przy pierwszej z nich, t. j. Wasilkowskiej, oprócz kilku piękniejszych kamienic należących do sławnej tu z zamożności izraelskiej rodziny Za- błudowskich, spotykamy zajazdy, hotele, księgarnię, restaurację, cukiernię i kilka magazynów”. 
  Zdjęcie Józefa Sołowiejczyka stanowiące ilustrację do dzisiejszego tekstu, ukazujące kamienicę przy ul. Sienkiewicza 2, doskonale ukazuje zarówno skalę zabudowy ówczesnej ul. Mikołajewskiej, jak i mnogość działających tu przedsiębiorstw usługowych, handlowych, rzemieślniczych i wielu innych. 

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku